Niesamowity czas…

Niesamowity czas!  Tak bardzo nie mogłam doczekać się aż miną te pierwsze 3 miesiące, by móc się tym spokojnie pochwalić i cieszyć. Nie tylko dlatego, że to czas krytyczny i decydujący, ale też dlatego, że sama tak bardzo nie mogłam w to uwierzyć, mimo że wszystko było zaplanowane a decyzja została podjęta o wiele, wiele wcześniej. Ja w ciąży… nie do wiary!

Może rzecz pozostałaby niewyjaśniona przez dłuższy czas, gdyby nie to, że ruszyła się sprawa z moją wizą. Do finalizacji brakowało już tylko badań lekarskich i prześwietlenia klatki piersiowej. Jako że ciąża jest przeciwskazaniem do naświetlania się prmieniami rentgena, dla formalności postanowiłam zrobić test ciążowy. Miałam jeszcze w szafce 2 testy, które zostały z opakowania trzech, które zakupiliśmy jakieś 2 lata temu, bo sytuacja była niewiadoma Data ważności na pudełku wskazywała, że testy przeterminowały się… 5 dni temu. Tak więc traktowałam je z przymróżeniem oka. Wzmożony apetyt na czipsy i postój przed stoiskiem ze śledziami dały mi co prawda do myślenia, ale to jeszcze nie było wystarczające.

Pierwszy test 10 maja 2017 wyszedł pozytywny. Podekscytowanie mieszało się ze strachem, ale nie pozwalałam sobie na euforię ze względu na tę datę ważności. Wieczorem oglądaliśmy film „Złodziejka książek” i mimochodem napomknęłam o tym teście, który wyszedł pozytywny, ale że raczej nic z tego, bo był przeterminowany. Kangur mój zaczął się cieszyć i aż łzy mu się w oczach pojawiły, bo stwierdził, że test na pewno nie kłamie. Następnego dnia zużyłam drugi test i ten… również wyszedł pozytywny. Powoli zaczynałam się ekscytować, ale gdzieś pozostawała jeszcze pewna nuta niepewności. Wszak drugi test miał tę samą datę ważności.

Nie czekając umówiłam się na wizytę do mojego lekarza, by dostać skierowanie na badanie krwi, po którym już żadne wątpliwości nie powinny mieć miejsca. Lekarz stwierdził, że data ważności na testach ciążowych, to zabieg marketingowy, badanie krwi potwierdziło ciążę w około 5 lub 6 tygodniu. Przez te dni żyliśmy jakby w innym świecie. Czuliśmy jak zmienia się nasze myślenie, jak zaczynamy planować, jak wchodzimy razem w czas, po którym nic już nie będzie takie samo. Ekscytacja mieszała się ze strachem, bo przecież dalej nie miałam stałej pracy, dalej mój angielski był komunikatywny, ale jeszcze niezbyt profesjonalny. Humory miewałam ekstremalne, często płakałam, mimo że z ciąży akurat bardzo się cieszyłam.

Przez tydzień cieszyliśmy  i delektowaliśmy się wieścią tylko we dwoje. 17 maja z okazji imienin mojego Taty, postanowiliśmy zrobić niespodziankę. Moi rodzice piszczeli z radości, bo długo (zapewne od kilku lat), na takie wiadomości ode mnie czekali z niecierpliwością. Na drugi dzień dowiedzili się kolejni przyszli dziadkowie a ja zrobiłam badania do wizy (ze względu na mój stan, zrezygnowano z rentgena klatki piersiowej). 22 maja był radosnym dniem, bo urząd emigracyny po 10 miesiącach od aplikacji dał mi zgodę na wizę partnerską, co jakby przepuściło mnie z imigracyjnego czyśćca do normalnego życia tutaj. Tego dnia również zrobiliśmy pierwsze ciążowe USG i po raz pierwszy zobaczyliśmy naszą Fasolkę i jej bijące jak szalone, serce! Zbliżały się moje urodziny i czułam, że wszystko co się dzieje, to naprawdę super prezenty od losu, że moje życie mimo trudów jest ciekawe i ekscytujące i wszystko jak zawsze dobrze się dla mnie układa.

33 urodziny spędziłam pracująco, ale wieczorem wybraliśmy się tylko we dwoje do greckiej restauracji (jako że od pewnego czasu pracowałam głównie w greckim towarzystwie, postanowiłam otworzyć się też nieco na ich smaki). Nie miałam ochoty na huczne obchody. Mimo że fizycznie czułam się wyśmienicie, w moich nastrojach wciąż dominowała tęsknota i smutek spowodowany tym, że nie polecę w tym roku do Polski, nie spędzę czasu z rodziną, ani przyjaciółmi. Mój odmienny stan skłaniał mnie do myślenia na różne tematy. Dziecko miało pojawić się w naszym życiu w styczniu 2018, zmieniło nasze plany związane ze ślubem i z przyjazdem moich Rodziców do Sydney. Zaczęłam się martwić, że przez najbliższe lata nie będę miała okazji wybrać się do kraju i po długich dyskusjach z moją drugą połówką, postanowiłam kupić bilet do Polski na sierpień. Nie wiem do końca, czy to za sprawą hormonów, czy za sprawą tego biletu właśnie, mój nastrój wydobrzał z dnia na dzień. Bardzo się cieszyłam, że zawitam do Polski będąc w 5 miesiącu ciąży i będę mogła dzielić ten wyjątkowy czas z ważnymi dla mnie ludźmi a dookoła piękne polskie lato w pełni. Udało mi się nawet dostąć bilet w dobrej cenie, mimo że kupiony na ostatnią chwilę i najkrótszy z możliwych lotów, bo niecałe 24h podróży!

Czułam się kwitnąco i radośnie. Coraz częściej gotowałam z chęcią obiady, nawet takie, których nigdy wcześniej nie robiłam, zaczęłam mocno motywować się do mówienia po angielsku częściej, więcej się śmiałam. Spieraliśmy się, za każdym razem bez rezultatów, jakie imię nadamy Fasolce. Wyjechaliśmy na długi weekend kamperem do buszu, na co czekałam od miesięcy i do tego wszystkiego czułam się super, dolegliwości ciążowe były bardzo znośne, nigdy nie wymiotowałam a z czasem jakby w ogóle przestałam się czuć jak w ciąży. Brzuch jakby się zaokrąglał, ale waga dalej pozostawała bez zmian.

23 czerwca Dzień Taty obchodziłam globalnie. Mój Tata otrzymał życzenia ode mnie a mojego Mężczyznę przywitały w domu kwiaty i laurką „od Fasolki”. Było radośnie a nasze oczekiwania na zostanie rodzicami trwały.

29 czerwca wróciłam ze szkoły o 21 i jak zwykle rozemocjonowana opowiadałam o tym, co robiliśmy na zajęciach, co ciekawego się wydarzyło. Trochę mnie bolał brzuch, ale wchodząc na wagę tłumaczyłam, że pewnie to już czas, gdy nasz Bób intensywnie zaczyna się rozwijać i pewnie dlatego boli. Moją radość w sekundzie zastąpił ogromny niepokój, gdy zdałam sobie sprawę że krwawię.

Siedząc w toalecie czytałam w Internecie artykuły o krwawieniu w czasie ciąży, pocieszając się, że to wcale nie musi oznaczać najgorszego, ale trzeba skonsultować to z lekarzem. Dochodziła 22, więc uszykowaliśmy się i pojechaliśmy na pogotowie.

Ból nasilał się. Pobrano mi krew, potem długo czekałam na USG, którego wynikami sugerowano się nie przejmować, bo nie jest dokładne (na dokładne miałam przyjść następnego dnia na oddział). Niedokładne USG nie wykryło u dziecka akcji serca. Bardzo ciężko było się nie przejmować i czekać w niepewności do rana. Przed wyjściem do domu otrzymałam jeszcze zastrzyk minimalizujący ryzyko ewentualnego konfliktu serologicznego (mam ujemną grupę krwi)…

Rano wciąż jeszcze wierzyłam w cuda. Kolejne USG pokazało małą smutną Fasolkę w kąciku worka płodowego, na zewnątrz byłam ja… mała smutna Paula w otchłani rozpaczy ;( Siedzieliśmy w ciszy, nikt nic nie mówił, szlochałam w poczuciu bezradności i była to jedna z najsmutniejszych chwil, jakie kiedykolwiek przeżyłam. Potem kolejne spotkanie z lekarzem, diagnoza potwierdzająca, że straciliśmy nasz skarb ;( a potem… cieżki wieczór w toalecie, gdy wyłam cierpiąc fizycznie i psychicznie. USG następnego dnia wykazało, że wnętrze mojej macicy jest już prawie puste, zostałam sama z sobą. Moje ciało po ogormnym bólu, zaczynało powoli czuć się jak gdyby nigdy nic a ja… totalnie nie mogłam się odnaleźć, jakbym rozdzieliła się na dwie części ☹

Jest mi strasznie ciężko. Czasem wybucham bezradnym płaczem w poczuciu bezsilności i pustki. Daję sobie do niego prawo, tak jak zawsze do przeżywania różnych emocji na swój sposób. I mimo wszystko staram się cieszyć z moich doświadczeń, bo to był dla mnie piękny czas, który chcę pamiętać… ;( Muszę się teraz jakoś poskładać… smutek, żal, wsciekłość, bezradność, strach… wszystko to jeszcze cały czas mocno we mnie brzmi, ale… już za moment na chwilę będę w domu. Szukam pozytywnych aspektów. Jeszcze będzie pięknie… ☹ mam dzieję…

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , | 1 komentarz

Punkty kontrolne świadomości upływającego czasu

Czasem zdarza się taki dzień, że sobie uświadamiasz. Kupujesz bilet na niesamowite wakacje na Filipinach grubo pół roku przed wyjazdem, a za chwilę bęc! Łapisz się na tym, że to było już miesiąc temu. Czekasz cały rok, by pojechać do Polski na 2 miesiące a za chwilę uświadamiasz sobie, że minęło 7 miesięcy od Twojego powrotu stamtąd. Siedzisz sobie spokojnie w pracy na końcu świata i bum! Kluska Cię właśnie uświadomia, że za rok minie 10 lat od momentu zakończenia studiów i że będzie organizowany zjazd absolwentów! Aaa! Wieczorem po takich wieściach, lejesz sobie wody do wanny, nakładasz maseczkę na twarz i dopiero po zmyciu twarzy zauważasz, że się przeterminowała rok temu a może nawet trzy (bo bez względu czy interpretujesz jako datę produkcji czy termin ważności, to zawsze wychodzi, że to dawno). 10 grubych lat od zakończenia studiów! Wow. Gdzie to minęło?! Za równiuśki miesiąc skończę 33 lata a w moim powszednim mniemaniu mam cały czas 27, góra 28. Nie wiem, co się stało z kolejnymi sześcioma latami, muszę przewertować bloga.

Pamiętam jak po drodze był 2012 rok. Rok był znamienity, bo w Polsce i na Ukrainie odbywało się wówczas Euro 2012. Impreza obejmowała między innymi moje miasto, które przygotowywało się do niej już 4 lata wcześniej. Pamiętam jak w 2008 jeszcze będąc studentką jechałam tramwajem na Piątkowo, bodajże z Julką, i się zastanawiałyśmy, jak będzie wyglądało nasze życie w tym odległym, 2012 roku. Nawet się podśmiechiwałyśmy, że może będziemy miały facetów… albo nawet dzieci!

Wracając do meritum, taki zjazd absolwentów to wspaniała wiadomość. Uwielbiam takie chwile i już nie mogę się doczekać (żeby spotkać niewidzianych od 10 lat ludzi i zobaczyć jak się zmienili, żeby spotkać tych, z którymi nadal mam kontakt, bo widuję ich za rzadko, żeby odwiedzić Ogrody, gdzie chodziło się na wykłady i przeżywało stresy i w końcu, by choć na chwilę być znów w Poznaniu…!). Do tego wszystkiego powodowana entuzjazmem, zaczynam wertować w głowie wszystkie ciekawe rzeczy jakie od czasu zakończenia studiów się w moim życiu wydarzyły a było ich nie mało i były one szalone. Mam cichą nadzieję, że bez względu na to, jak bardzo moje życie zmieni się do czerwca za rok bardzo chciałabym tam być.

Ogólnie ta wiadomość była gwoździem do sentymentalnej trumny (choć proszę nie interpretować trumny negatywnie, w końcu dla niektórych to jedyne miejsce w którym mogą w końcu odpocząć ). Jak co roku jesienią wpadam w nostalgiczny nastrój. Tęsknie gdziekolwiek bym nie była i cokolwiek by się nie działo. Tęsknię za różnymi rzeczami, nastrojami, odczuciami, zapachami itp. Ale nie tęsknie na smutno, tęsknię pozytywnie, nadziejnie i z radością, wyczekując na rzeczy, które wracają. W Polsce dopadało mnie na przełomie września – października, w Australii ten czas przypada jak widać na kwiecień, wraz z szelestem pierwszego wiatru, liścia na ulicy, czy zapachu dymu. Tak już po prostu jest.

Życie się zmienia. Wszystkim wokół. Tzn moim bliskim, którzy są daleko, ale dla mnie wciąż wokół. Wczoraj Facebook przypomniał mi zdjęcie sprzed 3 lat, na którym leżymy z dziewczynami na trawie w Parku Mickiewicza przed Operą. To był piękny dzień, gdy wybuchała wiosna a my wyszłyśmy z biura na lunch. Jak to pięknie Olga podsumowała, od tamtego czasu nasze doświadczenia życiowe wzbogaciły się o dwa pierścionki zaręczynowe, jedną obrączkę, dwójkę dzieci, jeden rozwód i kilkukontynentową odległość! A to przecież tylko 3 lata! Co będzie za następne 3? Nie wiem, ale mam ochotę założyć okulary trójwymiarowe, usiąść wygodnie w fotelu i endżojować. Czuję, że będzie ciekawie Brakuje mi tylko tych pozytywnych duchów tutaj. Uczestniczenia i bycia częścią życia ludzi, na których mi zależy. Bycia blisko, gdy nasze życia się zmieniają, ewoluują, dojrzewają. Jak to ostatnio pięknie mój Kmiecik powiedział:

- Pamiętasz jak zauważyłaś mój pierścionek zaręczynowy? Przed Tobą nic się nie ukryło.
- No ba.
- Cieszę się, że nasze drogi się wtedy przecięły.
- Ja chcę, żeby się dalej przecinały!!
- One się nie rozłączyły

Po co cytować Kubusia Puchatka i Prosiaczka, gdy ma się swoich tak fajnych przyjaciół? Od Kmiecikowego pierścionka minęło właśnie 9 lat… ech…

A mój pierścionek zaręczynowy zdaje się być przedsionkiem do kolejnych szalonych przygód, które będą… w mniejszych lub większych szczegółach opisywane na tym blogu. Hej!

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , | 1 komentarz

Ona i ja

Wybiegła z budynku po 22 i biegła, nie zatrzymując się w kierunku przystani. Późno było, ale wierzyła że zdąży, że uda jej się jeszcze ją złapać, chciała uciec jak najdalej. Biegła tak chyba całe 15 minut w ogóle nie zatrzymując się. Dopiero po kilku minutach zorientowała się, że mimo nocy upał dalej trzyma. Czuła pulsujące ciepłem policzki. Dobiegła na sam koniec półwyspu i rzuciła się, rozpędzona uderzyła całym ciałem w wyimaginowane drzwi wyimaginowanego domu. Zmęczona i sapiąca waliła pięściami i prosiła o otworzenie, ale nikt nie otwierał. Spędziła ten wieczór na przystani, przyglądając się przepływającym statkom i światłom odbijającym się we wodzie. Potrzebowała ją odnaleźć. Potrzebowała by była z nią właśnie teraz. Była zła na siebie, że ją zaniedbała, że zmieniła wiele w swoim życiu a ją zostawiła gdzieś z boku, zapominając ile razem przeszły. Myślała, że tym razem będzie inaczej, że ze wszystkim sobie poradzi…

Siedziała na przystani aż do północy. Uspokoiła się.

Następnego dnia wsiadła na rower i popedałowała w kierunku oceanu. Bardzo dobrze wiedziała gdzie jej szukać. Dzień był bez słoneczny ale ciepły. Wybrała najbardziej odludną plażę i nie pomyliła się. Była tam! Wśród szumu wody i białych bałwanów rozbijających się o skały. Spędziły razem cały dzień, na plaży, w parku, czytając książkę, jeżdżąc na rowerze. Czuła się lepiej, czuła że odzyskuje siłę i kontrolę nad własnym życiem, że znów decyduje o tym jak wygląda jej czas i co najważniejsze, że ktoś się o nią troszczy i jest dla kogoś najważniejsza.

Potem 2 dni później powtórzyły wyprawę na rowerach, choć pojechały dalej niż wcześniej a i trasa okazała się cięższa, bo przez pewien odcinek trzeba było nawet wspinać się z rowerem na placach przez stromy wąwóz. Ucięły sobie drzemkę leżąc na wiszącej nad oceanem skale. Jechały przed siebie z wiatrem we włosach i cieszyły się z endorfin, jakie dostarczała jazda na rowerze, pod warunkiem że nie było zbyt dużo pagórków, pod które trzeba się było wspinać, co też było bardzo typowe dla tego miasta. W parku leżały aż do zmroku, nigdzie się nie spieszyły, nikt ich nie popędzał ani nikt na nie nie czekał. Potem popedałowały razem na przystań na półwyspie i spędziły czas tradycyjnie obserwując statki, ludzi bawiących się na nich i światła miasta odbijające się w wodzie. Było jej przy niej dobrze i miała poczucie, że ze wszystkim sobie poradzi. Nie chciała się już z nią rozstawać.

Zaczęła coraz częściej słuchać muzyki i czytać książki, robić rzeczy, które kocha, a na które ostatnio w ogóle nie miała czasu. Zawsze wtedy przychodziła do niej i układała się obok na łóżku, uśmiechając się do niej wdzięcznie. Lubiła patrzeć na jej uśmiech. Podjęła też kilka ważnych decyzji a ona upewniła ją w przekonaniu, że to dobre decyzje i że przy niej będzie nawet w trudnych chwilach.

————————————

Czasem przeżywając życie skupiamy się tak często na rzeczach, które dzieją się poza nami i na które nie mamy wpływu, że zupełnie zapominamy o sobie. Zapominamy o naszym wewnętrznym sobie, który jest zawsze blisko i służy nam wsparciem, ale którego trzeba czasem odkopać z niebytu, wygrzebać z otchłani zaniedbania. Mam duże zaufanie do siebie i zawsze w trudnych sytuacjach czuję, że z moją wewnętrzną Pauliną zawsze sobie poradzimy. Z perspektywy czasu widzę jak bardzo ją czasem zaniedbuję. Pędzę gdzieś za kimś lub za czymś, wierząc że to własnie to uczyni moje życie pełnym i szczęśliwym, ale ostatecznie kiedy się w tym pędzie gdzieś wysypuję na zakręcie, to tylko moja Paulina jakoś zawsze wtedy jest na miejscu zbrodni. Zbiera każdy kawałek mnie a potem skrzętnie skleja i znów jestem jak nowa i jak gdyby nigdy nic. Znam siebie dobrze i wiem już, gdzie mogę ją spotykać. Gdy biegam, gdy jeżdżę rowerem, gdy czytam książkę lub słucham muzyki, którą lubię. Gdy jestem nad wodą i w pięknych okolicznościach przyrody. Gdy robię coś dobrego dla mojego ciała i psychiki. Gdy czuję, że mam wpływ na moje życie.

Obecna sytuacja nauczyła mnie wiele. Choć wszystko było jakby oczywiste, to jednak nigdy nie jest tak oczywiste, jak w chwili, kiedy się to właśnie przeżywa. Nauczyłam się, by dbać o siebie zawsze i by nie rezygnować z siebie, gdy pojawia się obok ktoś, w kim upatrujesz swoje szczęście. To bardzo trudna sztuka, być z kimś a jednak dalej pozostać sobą i praktykować rytuały, które się lubiło, zanim się ta osoba pojawiła. To tym bardziej trudna sztuka, gdy zmieniasz życie o 180 stopni i wyprowadzasz się na antypody, gdy uczysz się języka, bierzesz jakąkolwiek pracę, rodzina i przyjaciele są daleko i dookoła wszechobecny stres i niepewność. No ale nie ma co szukać usprawiedliwień. Trzeba kopnąć się w tyłek, postawić sobie cel, udowodnić sobie, że można go osiągnąć a potem wyluzować się i mieć wszystko gdzieś ;) Dorosła już jestem, ale wciąż się czegoś uczę.

Opublikowano Australia, Bez kategorii | Otagowano , , | Skomentuj

Frazer Island – Surfers Paradise: dzień trzynasty

Użyłam w tytule nazwy wyspy, żeby łatwiej było skojarzyć, w którym miejscu Australii byliśmy, jednak samą wyspę podziwialiśmy z daleka. Rankiem obejrzeliśmy wschód słońca w centralnej części półwyspu, spacerując po plaży pełnej nieżywych niebieskich meduz (blue bottles). Zrobiliśmy króciutki spacer w blasku słońca, robiąc kaczki na morskich falach i odkrywając, że meduza po nadepnięciu na nią laczkiem pyka. Następnie pojechaliśmy na sam koniec cypla, by tym razem w świetle dnia poobserwować przeprawę promową na Frazer Island i powyobrażać sobie, jak to sami przyjedziemy tu ponownie w przyszłości gotowi na przeprawę.

Podczas całego naszego wyjazdu zaobserwowałam, że Australijczycy uwielbiają spędzać czas w dziczy. Wybierają się tam całymi, dużymi rodzinami. Niemalże normą było dla mnie obserwowanie rodzin złożonych z rodziców i czwórki dzieci. Dla mnie, Polki, była to również pewnego rodzaju egzotyka. Częstym widokiem byli także rodzice w starszym wieku, gdzie wiek absolutnie nie przeszkadzał im zarządzać 4-osobową gromadką dzieci. Byłam zdumiona, zaciekawiona i mój umysł ogarniał, że w sumie tak też można :)

Wieczorem, omijając Brisbane, dotarliśmy do Gold Coast. Kierownik wycieczki zadecydował, że dla odmiany przedostatnią noc spędzimy iście po królewsku w przestworzach. A konkretnie na 49 piętrze jednego z najwyższych budynków w mieście, usytuowanym w dzielnicy o wdzięcznej nazwie Surfers Paradise. Nie muszę wspominać o tym, że widok był nieziemski! Nie mogłam odkleić nosa od szyby, ale chyba najlepiej będzie, jak po prostu wstawię zdjęcie:

gold coastWieczór spędziliśmy po części w hotelowym basenie. Potem, po zmroku wybrałam się sama na spontaniczny spacer po plaży, która wygląda niesamowicie, usłana u podnóża prawie 80 piętrowych drapaczy chmur. Siedziałam sobie na piasku obserwując te giganty zwrócone twarzami w kierunku innego giganta – oceanu i zdałam sobie sprawę, że nawet nie śniłam nigdy o tym, by znaleźć się w miejscu takim jak to, pięknym i monumentalnym. Cieszyłam się bardzo z tego, że tu jestem, że wybrałam się na ten spacer, że mogłam obserwować tych wszystkich malutkich ludzików, skaczących w ciemną noc, gdzieś na pięknej plaży na końcu świata. Nie zabrałam ze sobą telefonu, nie zabrałam żadnego aparatu. Nie mogłam więc uwiecznić tego magicznego widoku, ale obiecałam sobie mocno go zapamiętać i bardzo chciałam kojarzyć tę chwilę z czymś ważnym dla mnie, z ważnymi postanowieniami, z poczuciem że dam sobie ze wszystkim radę. Siedziałam tam smutna i zastanawiałam się nad sobą, nad swoim miejscem w życiu i nad tym co dalej. Będę pamiętała tę noc jako piękną i moją.

Wróciłam do hotelu i przypieczętowałam ten wieczór długą kąpielą w wannie z bąbelkami. Wyczesałam włosy, wybalsamowałam ciało i zasnęłam w miękkim łóżku z przekonaniem, że jestem tego warta ;) Przed snem zadzwoniłam jeszcze do rodziców i cieszyłam się w duchu, że możemy być wciąż tak blisko siebie nawet będąc tak daleko.

Opublikowano Australia, W podróży | Otagowano , , , | Skomentuj

6 stycznia, czyli 12 dzień naszej wyprawy – dzicz

12 dzień naszej wyprawy minął nam w trasie. Dzień przed wyjechaliśmy z Airly Beach zadowoleni i usatysfakcjonowani, pełni sił by stawić czoła długiej drodze na południe. Po drodzę mieliśmy małą przygodę, jako że zapomnieliśmy, że nasz kamper ma 3,5m wysokości. Obyło się bez większych szkód, które uniemożliwiłyby dalszą podróż. Potem była jeszcze przygoda z odkręconym prysznicem w kamperwańskiej łazience (która to łazienka robiła nam przez cały wyjazd za składzik na rzeczy typu: namiot plażowy, sprzęt do snurkowania, koc, krzesła, stoliki turystyczne i inne tego typu bambetle) oraz przygoda z niezaciągniętym hamulcem ręcznym, która mogła skończyć się już mniej zabawnie, ale wykazaliśmy się refleksem. Zmęczeni, zatrzymaliśmy się w ulewie po środku niczego (nawet kibelek na postoju był bardzo byle jaki) i poszliśmy spać. Po 6 rano było już jasno, ale w ciąż padało. Nie dziwiło nas to zbytnio, bo w końcu to pora deszczowa na tej szerokości geograficznej. Jako, że najbliższy dzień mieliśmy spędzić w drodze, upał nie był wskazany. Z czasem wypogodziło.

Wieczorem dojechaliśmy do miejscowości Maryborough, w której zrobiliśmy postój na zwiedzanie… cmentarza. Jego wygląd już z zewnątrz wzbudził nasze zainteresowanie. Nie zawiedliśmy się. Nagrobki opowiadały historię XIX-wiecznych mieszkańców miasta. Poznaliśmy Annę, żonę Williama i matkę Rogera. Ingeborgę, urodzoną w Norwegii, która zmarła w Maryborough w wieku 30 lat. Odwiedziliśmy grób chirurga oraz pracownika publicznego, oraz 18-letniej dziewczyny, która zmarła w 1889. Wszystko to było dla nas niczym podróż w przeszłość. Zastanawialiśmy się jak żyli ci ludzi, na co zmarli, jak trafili do Australii i czy na cmentarzu są pochowani jacyś Polacy.  To było bardzo ciekawe przeżycie.

Po wyjściu z cmentarza ruszyliśmy dalej w kierunku Rainbow Beach i przeprawy promowej na Frazer Island.

Na sam koniec cypla dojechaliśmy około 22 wieczorem, ale zorientowawszy się, że wychodząc na plażę nie zobaczymy rano wschodu słońca, postanowiliśmy zanocować w innym miejscu. Wybraliśmy miejsce w bardzo wąskim punkcie mierzei z plażą zwróconą na wschód. Nie omieszkaliśmy również wybrać się na plażę w środku nocy. Było pięknie i trochę wietrznie. Całe otoczenie i kampowisko na którym zasnęliśmy należało do tych dzikich, z kibelkiem bez kanalizacji i bez elektryczności. Kiepski ze mnie koczownik, bo jednak wolę te z wodą i światłem. Zawsze muszę najpierw sprawdzić i upewnić się, że w kibelku nie ma żadnego krokodyla, tudzież innego węża. Cały czas mam to z tyłu głowy, w końcu jesteśmy w Australii. Póki co, największą niespodzianką na jaką natknęłam się w australijskim wychodku, był ogromny rogaty żuk w umywalce. Ale on, raczej nie był groźny… Właściwie to chyba nie żył.

Zasnęliśmy w dziczy pod niebem gęsto usłanym gwiazdami.

Opublikowano Australia, W podróży | Otagowano , , , , , , | Skomentuj

Dzień jedenasty: Whitsundays Islands – rejs katamaranem

heart reef

Nie udało nam się zarezerwować rejsu dzień wcześniej, więc istniało duże ryzyko, że nie uda nam się popłynąć na Whitsundays Islands. Rano pani w porcie odprawiła nas z kwitkiem ale przez dobry zbieg okoliczności, gdy wróciliśmy do niej za kilka minut, okazało się, że ktoś zrezygnował z rejsu katamaranem wokół wysp. Byliśmy przeszczęśliwi, bo w programie rejsu zanalazł się również czas na snurkowanie oraz wyjście na White Heaven Beach z jej nieziemsko białym piaskiem, czyli to, na czym nam najbardziej zależało.

Nie zobaczyliśmy co prawda sławnej wyspy/rafy w kształcie serduszka, ale jej specyficzny kształt i tak widoczny jest dopiero z lotu ptaka. Rejs był przyjemny i relaksujący. Pogoda nam dopisała i było fajnie nawet podczas przelotnego deszczu. Wróciliśmy do kampera zadowoleni z dnia. Przed opuszczeniem Airly Beach poszliśmy się jeszcze popływać na miejskiej lagunie. Wieczór był ciepły, jednak zaraz po wystartowaniu zaczęło padać i padało już przez resztę nocy aż do momentu, w którym zatrzymaliśmy się na nocleg.

Opublikowano Australia, W podróży | Otagowano , , , , , | Skomentuj

Dzień dziesiąty: Cairns – Mission Beach – Airly Beach

Przed południem pożegnaliśmy sympatyczne Cairns i udaliśmy się w drogę powrotną na południe. Tym razem na kolejny cel postoju wybraliśmy Airly Beach. Po drodze jednak odwiedziliśmy zasugerowaną przez panią aptekarkę w Port Douglas – Mission Beach. Miejsce było wyjątkowe, bo jeszcze nigdy w życiu nie miałam okazji kąpać się w tak „gorącej” wodzie! Temperatura wynosiła 29 stopni Celsjusza! Ze względu na występujące w wodzie parzące meduzy oraz możliwość wystąpienia słonowodnego krokodyla ;) kąpaliśmy się w specjalne wyznaczonym do tego miejscu, odgrodzonym siatką. Woda była niesamowita! Do Airly Beach dojechaliśmy nocą.

Opublikowano Australia, W podróży | Otagowano , , , | Skomentuj

Dzień dziewiąty: laguna i odwiedziny w Port Douglas

Tego ranka nigdzie się nie spieszyliśmy. Dzień przywitaliśmy na zaprzyjaźnionej, sprawdzonej w „brzydkiej” i ładnej pogodzie lagunie. Zjedliśmy w parku własnoręcznie ugrillowane śniadanko: jajka sadzone z szyneczką, pomidorki, cebulka mmmmm… i tak leniwie upłynął na dzień aż do obiadu.  Po obiedzie wybraliśmy się zwiedzić sugerowany nam przez pewnego turystę z poprzedniego dnia – Port Douglas. Udaliśmy się tam malowniczą drogą wzdłuż brzegu oceanu. Miasteczko było spokojne i przyjazne. Niezaspokojeni poprzedniego dnia, wciąż szukaliśmy restauracji, która zaserwuje nam upragnione sushi. Udało się. Miasto to okazało się naszym najdalej wysuniętym na północ miejscem, do którego dojechaliśmy podczas naszej wyprawy! Na południe kierowaliśmy się już w trakcie zapadającego zmroku. Z początku planowaliśmy dłuższą drogę powrotną, ale stwierdziliśmy że dodatkowy dzień w Cairns, na naszym ulubionym basenie nie zaszkodzi. Udało nam się jeszcze chwilę popływać tuż przez poniedziałkowym snem.

Opublikowano Australia, W podróży | Otagowano , , | Skomentuj

Nowy Rok: rejs na Green Island i cudowna ulewa w tropikach – dzień ósmy

Na ten dzień zarezerwowaliśmy sobie pół-dniowy wypad na Green Island, którego głównym punktem było snurkowanie na rafie. Czas na wysepce minął nam bardzo szybko. Tak szybko, że nawet nie zdążyliśmy jej obejść ani skorzystać z dodatkowej atrakcji jaką było eksplorowanie rafy na łodzi ze szklanym dnem.

DCIM100GOPROGOPR7984.Nie mniej snurkowanie pozwoliło nam być bliżej podwodnego świata i pozwoliło doświadczyć nawet obecności płaszczkowatego rekina leżącego na dnie tuż pod naszymi stopami. Około 14 byliśmy już z powrotem w kamperze… a raczej na pobliskiej, miejskiej lagunie. Spędziliśmy tam czas od obiadu aż do samego wieczora, gdy ponownie zgłodnieliśmy i po godzinnych kąpielach wybraliśmy się w miasto w poszukiwaniu sushi. 1 stycznia jednak nie wszystkie restauracje były otwarte. Skończyliśmy w włoskiej restauracji zamawiając pizzę i pasty). Najlepsze wciąż było jednak przed nami. Gdy zbieraliśmy się do wyjścia na dworze rozpętała się potężna ulewa. Po kilku minutach przeczekiwania stwierdziliśmy, że czas stawić ulewie czoła i po prostu pozwolić sobie na zmoknięcie. Biegliśmy w deszczu, chwilę potem na boso, a już kilka chwil później śmiejąc się głośno wymyśliliśmy że skoro i tak już jesteśmy mokrzy to możemy pobiec do basenu – laguny i popływać w tej ulewie w ubraniach. Tak też się stało i póki co uważam, że było to najfajniejszy, bardzo spontaniczny moment tej wyprawy. Noc, ulewa, ciepłe powietrze, pływanie w basenie w ubraniu – to takie paulińskie. Lubię to!

Opublikowano Australia, W podróży | Otagowano , , , , , , | Skomentuj

Dzień siódmy: Sylwester w Cairns

Do Cairns dobiliśmy nieco po 21. Nie zdążyliśmy na pierwsze fajerwerki (w Australii w czasie miejskich imprez Sylwestrowych fajerwerki zazwyczaj są odpalane 2 razy: o 21 dla rodzin z dziećmi oraz tradycyjnie o północy), ale na drugie mieliśmy całkiem niezły zapas, co pozwoliło nam jeszcze na krótką drzemkę w kamperze przed celebracją nowego roku. Byliśmy trochę zdziwienie bo na 20 minut przed północą miasto było ciche, spokojne i jakby wyludnione. 3 razy bodajże sprawdzałam w telefonie adres imprezy i cały czas wydawało się, że jesteśmy w pobliżu, a nie było słychać odgłosów ani widać ludzi. Po kilku krokach wynurzyła nam się na horyzoncie scena, jakiś zespół właśnie kończył swój koncert i zapraszał do świętowania nowego roku. Postanowiliśmy iść za tłumem który kierował się w kierunku zatoki. Przycupnęliśmy przy ogromnym basenie, który wówczas wydawał nam się jeszcze fontanną i tam, szczęśliwi, że udało nam się z wielkim wysiłkiem dojechać na czas, cieszyliśmy się z tego, co widzimy. A widzieliśmy spektakularne (choć nie tak jak na moście w Sydney) fajerwerki na tle palm :)

Opublikowano Australia, W podróży | Otagowano , , | Skomentuj