Wstęp: tam dom Twój, gdzie książki Twoje na półkach
Wkurza mnie, że nie mam w pokoju szafki na ubrania. Cały czas trzymam je w kartonach w przekonaniu, że lada moment się stąd wyprowadzę. Paradoksalnie mam bardzo ładną półkę na książki i to właśnie one, gdziekolwiek bym się wyprowadziła, starannie ułożone na półce sprawiają, że czuję się w danym miejscu, jak u siebie. Ubrania w kartonach nie byłyby w sumie aż tak uciążliwe, gdyby nie fakt, że chcąc wyjąć jedną rzecz trzeba wszystko wysypać... więc mam wszystko wysypane... wszędzie.
Rozwinięcie: pokój zwierciadłem duszy
Mój pokój jest odzwierciedleniem tego, co się dzieje w moim życiu przez ostatnie dni. Wyjazdy, wyjazdy wyjazdy (Toruń, Rewa, Jurata) - ubrania w kartonach, ubrania wszędzie naokoło, na podłodze rozchełstana, jeszcze nie wypakowana do reszty torba z wyjazdu firmowego. Rozbebłane łóżko - dowód na pośpiech w jakim jestem co rano budząc się i wybiegając do pracy w momencie krytycznym. Rozgniecione ciastko czekoladowe kupione na Orlenie leżące na biurku, papierki po M&M'sach, 7days'ach, belgijskie trufle, zwiotczałe jabłko - dowód na to, że czasem coś jem i do tego... miska z wodą stojąca na środku pokoju i nakrętka od Tymbarka z napisem "Cierpliwości". Mówiąc krótko moje życie to w tym momencie totalny kalejdoskop różnych przytrafiających się rzeczy zamkniętych w jednym małym pokoiku... ale przynajmniej jest słodko ;)
Zakończenie: imprezowa degrengolada i nietypowa pobudka pod hasłem "sama sobie zgotowała ten los"
Imprezowałam. Ale to nie tak, że jestem zepsuta, balanguję, wydaję ciężko zarobione pieniądze na alkohol/kobiety/mężczyzn/używki/whatever. Właściwie nic z tych rzeczy (ale nudziara!). Imprezowałam "służbowo". W środę QR Party - imprezka promująca nasz projekt, mająca przyczynić się do zaliczenia studiów podyplomowych z innowacyjnego e-marketingu, było bardzo interaktywnie i przy użyciu nowych technologii. Czwartek - coroczny event dla klientów. Biegałam, tańczyłam, skakałam. Po powrocie do domu okazało się, że... 16-centymetrowe kolczyki nie sprawdzają się przy długich, kręconych włosach. Po nocy na parkiecie, gdzie włosy wirowały jak szalone, żeby zdjąć kolczyki musiałam wyciąć kosmyk włosów po każdej ze stron. Na dodatek po tak intensywnym wysiłku moje stopy doświadczone czarnymi, pierwszy raz noszonymi, szpilkami z kilkunastocentymetrowym obcasem wręcz skomlały o chwilę relaksu! Wspaniałomyślnie więc postanowiłam im zafundować domowe SPA i o 3 w nocy wymoczyć je w misce ciepłej i pachnącej wody. Położyłam się więc w poprzek na łóżku a zwisające zeń stopy, zamoczyłam w relaksującej kąpieli. Momentalnie ogarnęło mnie ciepło, przykryłam się kołderką i słodko zasnęłam utonąwszy w błogości... a chwilę potem...
AAAAAAAaaaaaaa!! obudziłam się ze stopami w zimnej wodzie ;(
Tyle w kwestii podsumowania ostatnich dni.
69 i "Speed. Wyścig z czasem"
Weekend zapowiada się pod znakiem Sandry Bullock i w/w filmu. Kupiłam dzisiaj bilet podróżnika na TLK w magicznej cenie 69zł, na którym mogę objechać całą Polskę bez dodatkowych opłat byle tylko zdążyć zrobić to do 6 rano w poniedziałek. Jutro wieczór panieński Asi, ale wcześniej... muszę jeszcze zdążyć na pewien... statek :)
Ale to dopiero jutro. Dzisiaj spokojny wieczór z Alicją.
Życie jest fajne. Wciąż trzyma dla mnie garść małych, pozytywnych wrażeń, których jeszcze nie próbowałam, tak bym co jakiś czas mogła cieszyć się z czegoś nowego zupełnie po raz pierwszy... Od razu dzwoni mi w uszach piosenka Smolika i jej słowa "plan to stop the useless worries, life plays a million cheap tricks" lalala ;D Moimi pierwszymi razami (tanimi trikami ;)) w ostatnich dniach były: pierwsza gra w squash'a (to chyba już ten wiek ;)), pierwsze wejście na siłownię (z ciekawości, bo tak naprawdę substytuty bieżni, rowerka i przyrządu do biegania, jakby nie patrzeć wcześniej sobie zapewniałam), pierwsze posmakowanie pestek granatu (kawiarnia Cynamon w Gdyni - nietypowe wrażenia smakowo-dotykowe, słodko-ślisko-podjęzykowe, jednakże przyjemne) oraz pierwsze pobyt w aucie podczas szorowania przez ogromne szczoty w myjni (!!), przy czym ostatnia opcja była chyba najbardziej łał! :) Co najmniej 4 pierwsze razy w ostatnich dniach... kto mnie przebije?
PS. Mima i jej pierwsza ciąża się nie liczą :P
Tak moi Drodzy, to już rok - dowód na to, że czas zapierdziela, bo nadal jestem tym moim Poznaniem nienasycona. Za Trójmiastem strasznie tęsknię. Zwłaszcza jak sobie przypomnę te wszystkie doznania związane z tym miastem: podmuchy wiatru na plaży, zapach wodorostów, burzę nad brzegiem morza, śnieżycę w zimie, klif i przepływające kolosy w stoczni, że aż się nogi z wrażenia uginają. Kolekcjonuję w głowie te obrazki. A dzisiaj w rocznicę jadę po następne :) Długi weekend nad morzem. A Wy gdzie? :) Miłego!
Jestem próżna. Lubię takie dni jak dziś, ciepłe i słoneczne... gdy mogę ubierać moje ulubione letnie ubrania. Rozczula mnie na przykład, jak ubieram na siebie zwiewną sukienkę w żywych kolorach i nagle niektórzy mężczyźni tracą poczucie czasoprzestrzeni: ktoś zaczepia na Półwiejskiej i pyta która godzina, inny ktoś idąc w kierunku Starego Rynku, przeprasza i pyta, którędy na Stary Rynek, śmiejąc się i nie wyglądając zbytnio na zagubionego. To naprawdę miłe. Taki komplement nie wprost :) Dziękuję!
Lato zawitało do Poznania :)
Nadal zimno, ale o tym, że idzie wiosna (idzie, ale jeszcze nie nade(j)szła) świadczą już różne znaki na niebie i ziemi. Jednym z nich jest to, że...
... moi Rodzice zostali dziadkami!
Wszak wiosna, to nie tylko przyroda budząca się do życia. To także, budząca się miłość a raczej chęć jej uprawiania... a z tego, jak wiadomo, raz na jakiś czas rodzą się dzieci. Dora oszczeniła się dzisiaj przed południem w budzie przygotowanej przez Tatę, której do tej pory nie akceptowała. Z doniesień naocznych świadków wiadomo, że na świat przyszło 12 szczeniąt. 2 nie przeżyły porodu, pozostałe podobno wyglądają na zdrowe. Rodzice jeszcze nie wiedzą, co stanie się z tak licznym inwentarzem. Sprawa wyjaśni się na dniach.
W dużym mieście przejawy wiosny widać bardziej na przykładach ludzkich, niżli zwierzęcych: przekręcam klucz w drzwiach, wchodzę do mieszkania, na podłodze pokoju leży Gosia, dyszy i patrzy we mnie błędnym wzrokiem niczym sroka w gnat:
- Coś się stało? - pytam zaniepokojona.
- (K)wiczę... - wzdycha.
- Kwiczysz? - dopytuję zdziwiona.
- Ć-WI-CZ-Ę!
- Aaaa...
Wiosna wiosną, ale temperaturą to nas jeszcze nie rozpieszcza. Dla mnie wiosna zaczyna się od 15 stopni wzwyż. Marzę, by móc po pracy dojść spacerkiem do parku na Fredry, ułożyć się w soczystej trawie i wygrzewając się na słońcu poczytać książkę, poobserwować ludzi... ach... Każdy ma jakieś swoje sposoby na zaklinanie rzeczywistości. Ja sama w tym momencie zaklinam ją nad kubełkiem (kociołkiem?) Manhattanów o smaku pomarańczowych. W końcu jak się je lody, to już prawie jak lato :D
A co u Was? Jak przywołujecie wiosnę?
Oj tam, oj tam... człowiek wchodzi do Piotra i Pawła z zamiarem kupienia donata w polewie czekoladowej a okazuje się, że mają tylko waniliowego... i to na dodatek ostatniego! Kupuję, wychodzę. Łażę sobie po centrum handlowym, ba! oglądam zawartość sklepów prawie z nosem przyklejonym do wystawy (jedząc ciastko nie mogę wejść do środka) i git majonez, pełen relaks, zjadam, oblizuję paluszki. Tylko ludzie jakoś dziwnie na mnie patrzą... ale zawsze ktoś dziwnie patrzy jak 28-latka publicznie oblizuje palce po czekoladzie albo innych słodkościach (Że co? Że zarazki? A oglądaliście "Nadchodzi Polly" z Jennifer Aniston w roli głównej? Oni tam jedli fistaszki z ziemi!). Tak więc zjadam, oblizuję i wchodzę do Stradivariusa celem kupienia żakietu. Wybieram żakiet w kolorze ecru i beżowym i kieruję się do przymierzalni. Fajny chłopak się na mnie patrzy... i to z jakim zaciekawieniem! Niebieskie oczy, lekki zarost... patrzy tak, że czuję się speszona, więc uciekam poważna przed jego wzrokiem (dlaczego jestem poważna w takich chwilach?! :( dlaczego jestem onieśmielona? :( ) W głębi siebie myślę sobie, że ładnie tego dnia wyglądam. Okres się skończył, cerę mam ładną i promienną, włosy mam uczesane w kucyko-koczek, obcisłe dżinsy, buty na obcasie i czuję się dobrze i chyba całkiem dobrze wyglądam. Wchodzę do przymierzalni sprężystym krokiem i wszystko staje się jasne. Nieco tuż powyżej górnej wargi nieświadomie zostawiłam sobie na później kawałek białego, waniliowego lukru. Sama przed sobą muszę przyznać, że wyglądam... hmmm... podejrzanie... hmm... więc tylko lekko parskam śmiechem.
Kurtyna (a raczej zasłona przymierzalni) opada, koniec aktu pierwszego, w którym to niewinny z pozoru donat, dokonuje lubieżnego aktu na nieświadomej podstępu dziewicy. Ende.
Niedziela Wielkanocna 2012 roku: jestem u rodziców. Na śniadanie niepoświęcone jajko, dookoła ja, Aga, rodzice, babcia Zosia i dziadek Stefek, do Agaty przyjeżdża Mateusz. Po obiedzie wszyscy z wyjątkiem babci jedziemy na działkę do Lenia. Jest słonecznie, ale zimno. Dora biega wokół domu, jest gruba, niedługo się oszczeni. Ogi odpięty od budy szaleje skacząc na wszystkich i biegając po działce niczym burza. Kotka Ola, okazuje się w ostatnich dniach Olim. Noszony jest na rękach i porusza się pomiędzy wszystkimi niczym książę. Jest wesoło i rodzinnie. Po powrocie staram się oglądać film, ale jestem tak zmęczona, że zasypiam o 19 pod kocem u siebie w pokoju.
Budzę się o 3 nad ranem. W pokoju jest ciemno... boję się, chyba zawołam tatę. Zawsze, gdy boję się w nocy ciemności wołam tatę. Kładzie się obok mnie, mocno przytula a gdy zasnę ucieka do siebie. Gdy tata jest na służbie, przychodzi mama. Mam 11 lat i już mam wołać, gdy przebiegam wzrokiem po pokoju powoli przyzwyczajając się do ciemności a mój wzrok spoczywa na regale z książkami. Mam 14 lat i 12 segregatorów "Życia Świata" na półce. Kupuję jeden numer raz w tygodniu, czytam o tym jak powstała Ziemia (interesują mnie skamieniałe trylobity i smutno mi, że wyginęły dinozaury, wpadam więc na pomysł, że w przyszłości zostanę geologiem). Poza tym zgłębiam historię wynalazków, poznaję sławnych ludzi. Skrzętnie dzielę każdy numer na rozdziały i wpinam do odpowiedniego segregatora. Nie mam pojęcia, że już niedługo wszystkie te informacje będą dostępne w Internecie, bo skąd mam wiedzieć skoro pierwszy komputer będę miała dopiero 3 lata później? Wędruję wzrokiem dalej po regale... małe książki... wiem, że wśród nich "Dzikuska" Ireny Zarzyckiej. Mam 16 lat i chodzę już do liceum we Włocławku. Książkę o niewychowanej i zdziczałej nastolatce, zakochującej się z wzajemnością w czystym i wychuchanym malarzu, czytam z wypiekami na twarzy leżąc na leżaku na balkonie. Są wakacje a ja pochłaniam jedną książkę za drugą, jak maszynka, bo czuję, że nie mam ciekawszych rzeczy do roboty spędzając wakacje w Dobrzyniu. Mój wzrok wpełza na półkę z bibelotami i zatrzymuje się na zdjęciu w żółtej ramce, przyozdobionej balonikiem z liczbą 18. Zdjęcie zrobił mój pierwszy chłopak. Jest czarno-białe, sam je wywołał w ciemni, w piwnicy domu na ulicy Kaliskiej we Włocławku. Jak informuje balonik, na zdjęciu mam 18 lat. Nie patrzę w obiektyw. Uśmiecham się tajemniczo niewiadomo do kogo, opierając się szelmowsko o drzewo w lesie nad jeziorem Czarne we Włocławku. Dalej podróżuję wzrokiem po zakamarkach pokoju. Widzę zarys szklanego stożka powieszonego na mosiężnym stojaczku. Mam 19 lat i są Walentynki. Uczę się do matury, Dominik też, ale wbrew wszystkiemu przyjeżdża, by spędzić ze mną ten dzień. Do szklanego stożka wsypuje kolorowy żwirek, zalewa wodą, dosypuje barwnika, wkłada nietonącą świeczkę i zapala. Własnoręcznie zrobiona kompozycja specjalnie dla mnie! Po 9 latach na półce pozostaje pusty stożek w mosiężnym stojaku. Wodzę wzrokiem po pokoju. Co drobiazg, to historia, nie przekraczam jednak 19 lat. Czas się zatrzymał.
Tu opowieść się urywa. Po maturze główna bohaterka wyjeżdża na studia do Poznania, w którym prawdopodobnie ma już pozostać na zawsze. Początkowo bardzo tęskni za swoim dobrzyńskim pokojem, w którym każda rzecz, to miłe wspomnienie, ale nowe wspomnienia kolekcjonują się już gdzie indziej. Od wyprowadzki z pokoju mija już 9 lat a on wciąż wygląda tak, jak go zostawiła. Mama robi to specjalnie dla niej. Wie, że lubi wracać do tego miejsca i że czuje się tam małą dziewczynką, nawet wtedy, gdy budząc się w nocy potrafi sama uspokoić swój strach i myśli już o zupełnie innym mężczyźnie niż wcześniej.
A może to dobry czas, by dorosnąć i na dobre rozstać się z pokojem?
Sobota okazała się owocnym dniem, jeśli chodzi o nasz projekt na studia podyplomowe. 5h w Skórzewie u Michała nie poszło na marne. Po pracy Gosia wpadła na pomysł, byśmy wieczór spędzili w towarzystwie jej znajomych grając w Party Alians. Obiecałam sobie, że zajrzę na chwilę, ale nie wyszło. Gra była naprawdę emocjonująca i dostarczyła mnóstwo śmiechu!
A potem jeszcze taka wisienka na torcie, coś czego jeszcze nie było: tatar o 4 rano na Starym Rynku!
Oj... bo to wszystko przez tę Rozkosz Zmysłów!
Rozkosz Zmysłów
Nie pijam alkoholu, ale tego wieczora jakoś potrzebowałam czegoś mocniejszego. Zjedliśmy obiad z Anią i z Mirkiem i bynajmniej nie był to zwykły obiad! Oficjalnie dowiedziałam się, że Państwo W. rozmnożą się mniej więcej w okolicach października i że zostanę ciocią. Szok!
Fanaberia i inne fanaberie
Po lekkim obiadku na Starym Rynku i nielekkich przebojach z kelnerem, wylądowaliśmy na Wronieckiej w Fanaberii. Niezbyt mi się tam podobało, ale specjalnie dla mnie pani zgasiła światło. I siedzieliśmy sobie w piątkę: ja, Ania, Mirek, żonkil Żenon i jeszcze taki jeden, którego imienia nie pamiętam ;) i rozmawialiśmy o gruszce i pietruszce. Jedni zajadali się słodkościami a inni zamówili sobie Rozkosz Zmysłów (a co!). I tak się już błogo robiło i śpiąco, gdy nagle doznałam olśnienia, że wyjeżdżam na drugi dzień za granicę a nie mam wymienionej waluty (to przez ten alkohol!). Zbliżała się 21, więc był to ostatni dzwonek, by zdążyć do kantoru w Starym Browarze, który jak się okazało, był jednym z nielicznych, które dysponowały tego dnia koronami szwedzkimi. Zdążyłam.
Nocne pakowanie
Wrociłam do domu się pakować. Spakowałam się (w sumie niekompletnie) o 2 w nocy. O 1 w nocy przyjechała Ania B, bo się okazało, że przez przypadek znalazłam w swojej kuchni jej okulary. Poszłam spać przed 3 w nocy.
Pobudka
Tradycyjnie wstaję po 4 drzemkach, ale że po tej czwartej jeszcze się miętosiłam bezładnie pod kołdrą, oczywiście wstałam za późno. W konsekwencji wyszłam z domu w momencie krytycznym (czyli ostatnim pozwalającym mi zdążyć na pociąg do Gdyni) i biegłam szaleńczo na Pestkę siłując się w biegu z ogromną torbą.
Ogromną torba
No właśnie! Co za ciemność zasnuła moje myśli, że zapomniałam o tym, że torba będzie ze mną zwiedzała Karlskronę?! Żebyście widzieli minę Moniki, gdy wtoczyłam się do przedziału z moim wielkim bagażem! Hahahaha! Potrafię spakować się w mały plecaczek, ale po co, jak można spakować się w większą torbę? A czasem ma się myśli o wiele cięższego kalibru w głowie niż jakiś tam 3 dniowy wyjazd za granicę i torba i po prostu pewne rzeczy umykają. Najśmieszniejsze, że pomimo tylu spakowanych rzeczy, zapomniałam szczoteczki do zębów i kosmetyków o! Ale tragedii nie było. Rozwiązań tej sytuacji było kilka: 1. zostawić torbę w skrytce na Dworcu Głównym w Gdyni 2. Poprosić o pomoc Kamila 3. Odwiedzić panią Marylkę na Oksywiu 4. Kupić kosmetyki 5. Pożyczyć od Moni 6. Na pewno będzie na promie jakieś mydło! Każde rozwiązanie było dobre :)
Moja Gdyyyyyniaaaaaaaa :D
Nie jest łatwo kochać dwa miasta jednocześnie. Poznań, to moja wielka prawdziwa miłość, ale Gdynia zawsze będzie dla mnie ważna i zawsze będę do niej wracać z sentymentem. Człowiek chyba tworzy taką dziwną i silną więź z danym miejscem wtedy, gdy poza nim nie ma żadnych innych emocjonalnych bodźców. Emocjonalne bodźce tworzą ludzie, którzy są dla nas ważni w danym czasie, natomiast jeśli ich nie ma przy nas, traktujemy emocjonalnie miejsca w których się znajdujemy (tak było z Poznaniem w 2003 i tak było z Gdynią w 2010).
Gdynia Główna - dworzec tymczasowy: przebrałam się w kibelku i zrobiłam przemeblowania w torbach, dzieląc balast na bagaż podręczny i bagaż zbyteczny. Bagaż zbyteczny powędrował do skrytki, która zżarła 8zł i się nie zamknęła. Przyszło nam czekać na pana z serwisu. Po tym wydarzeniu wiedziałyśmy, że zapowiada się ciekawy wyjazd. Następnie wtoczyłyśmy się do baru mlecznego na przeciwko dworca i był to moment, w którym czułam się naprawdę szczęśliwa. Mogłam zjeść moją ulubioną marchewkę z groszkiem, która tak dobrze smakuje tylko w tym jednym jedynym miejscu na świecie! I znów poczułam się jakbym dopiero co wyszła z pracy z sopockiego biura przy plaży, przetransmitowała się SKM-ką do Gdyni i jadła obiad jak co dzień wtedy. Tęsknię za dniami, "jednymi z wielu" w Trójmieście. Gdybym mogła prowadziłabym tam równoległy żywot.
Śmierdzący pan i uciekająca przed miłością
Z błogiego rozmarzenia nad marchewką z groszkiem wyrwał mnie niezbyt błogi smrodek bezdomnego, który pojawił się w mleczaku niepostrzeżenie acz wyraźnie zaznaczając swoją obecność ciężką nutą aromatu moczu pomieszanego z czymś jeszcze bardziej nieprzyjemnym. Człowieka wyproszono a my mogłyśmy obserwować scenę jak z taniego romansu, gdzie zdradzona kobieta pakuje rzeczy i ucieka z domu ukochanego. Przed nami siedziała ładna dziewczyna w otoczeniu 3 ogromnych toreb, z którymi wgramoliła się do baru. Smutna, acz opanowana. Jedząc obiad, odbierała natrętnie dzwoniący telefon (gdzie dzwonkiem była piosenka Gotye "Somebody that I used to know") i spokojnym głosem komunikowała, że nie chce rozmawiać. Zaintrygowała nas, ale nie miałyśmy odwagi zagaić. Trochę żałuję.
Spacer po Skwerze Kościuszki
Człowiek z językiem w kolczyku, na którego zawsze można liczyć, dołączył do nas w barze mlecznym, przywożąc mi plecak :) Jako że było jeszcze sporo czasu do promu wybraliśmy się na spacer w kierunku Skweru Kościuszki po drodze zahaczając o Batorego, Biedronkę i sprawdzając autobus na terminal. Licho mnie podkusiło, żeby kupić w Biedronie frotowe papcie. Dopiero na promie miało się okazać, że rozmiarówka była zaniżona i szyta chyba na małe chińskie stópki. Tak więc była to już moja kolejna tego dnia gafa (to wszystko przez ten alkohol wieczór przed wyjazdem!). Nie zdążyłam nacieszyć się miastem. Kamil odprowadził nas na Władysława IV a stamtąd 125-tką pojechałyśmy na terminal.
Wypłynięcie
Lekkie podekscytowanie... wymieniamy groupona na bilety, które są jednocześnie kluczami do kajuty. Niektórzy współpasażerowie są już nieźle zrobieni, nastroje wesołe. Oczekujemy na odprawę. Przed 20 wchodzimy na pokład Stena Spirit przy akompaniamencie disco i w światłach wirującej dyskotekowej kuli. Panuje atmosfera szczęśliwości, stewardessy witają nas uśmiechami, jak z reklam pasty do zębów (której w sumie też nie zabrałam). Szukamy naszej kajuty. W drodze przez długi korytarz instruuję Monikę, że na wypadek tonięcia, musimy uciekać na rufę i trzymać się balustrady, tak jak Rose i Jack w Titanicu a przed zanurzeniem statku trzeba wziąć głęboki oddech. Nasza kajuta, mimo że bez okien okazuje się całkiem przytulnym miejscem. Jestem lekko rozczarowana brakiem piętrowego łóżka na które się napaliłam, ale gapiąc się w sufit ku swojej uciesze odkrywam, że jednak jest, tylko schowane :) Idziemy na górny pokład obserwować wypłynięcie z Gdyni. Jestem podekscytowana, uwielbiam ten moment!
Nocna euforia i garść mocnych wrażeń do pamiętnika
Jest ciemno. Obserwujemy z górnego pokładu migające światła stoczni i miasta szykującego się do snu. Monia idzie do restauracji na kawę i zaznać na swoim małym laptopku ostatnich fal polskiego internetu. Ja miotana wiatrem i przeszywana zimnem zostaje na górnym pokładzie kolekcjonować wrażenia, które pewnie nieprędko się powtórzą. Dzwoni mi telefon i Kluska przyłapuje mnie w chwili rozmarzenia, gdy ostry wiatr wydmuchuje mi z oczu łzy, jedną za drugą. Chwilę rozmawiamy. Potem znów jestem sama niczym Kordian na Mont Blanc. Ogarniam już wzrokiem całe Trójmiasto: Gdynię i migające zakończenia Sea Towers, malutki krzyżyk na Kamiennej Górze, czarniejszy od nocy skrawek lądu między Śródmieściem a Redłowem - klif, molo w Orłowie, molo w Sopocie, daleko molo w Brzeźnie. Po drugiej stronie zaczyna powoli migotać Półwysep Helski. Pięknie jest. Wiatr szaleje. Normalni ludzie chowają się pod pokład. Ja idę na rufę. Zanurzam się wzrokiem we wzburzoną napędem promu otchłań. Oddycham pełną piersią, morskie powietrze miesza się z zapachem spalin z gigantycznego komina. Płyniemy w ciemność, stoję sama na rufie na pokładzie 10 i czuję ogromny spokój i dobrze mi. Zimno... ale dobrze... i to jeszcze nie koniec...
Idę posiedzieć trochę z Monią w restauracji. Pan orkiestra gra na keyboardzie, ludzie leniwie snują się po pokładzie, niektórzy jedzą. Nie buja. Kończy się polski internet. Jest nam zimno. Zmęczone udajemy się do naszej kajuty na pokładzie 7. Monia szykuje się do spoczynku a mnie ciągnie jeszcze na górny pokład. Opatulam się ciepło i wychodzę. Nie bez problemów, bo okazuje się, że wiatr na zewnątrz jest tak silny, że problemem jest otworzyć drzwi i przez nie wyjść. Wychodzę. Wieje tak, że zapiera dech. Poza mną nie ma żywej duszy. Po pokładzie pełza biała jak mlego mgła. Jestem oszołomiona i oczarowana jednocześnie. Boję się, bo wieje tak, że ledwo się trzymam na nogach, a jak mnie zdmuchnie do morza, to nawet nikt nie zauważy, ale trzymając się barierek wspinam się na pokład 11. Uśmiecham się do adrenaliny, która buzuje mi w ciele jak oszalała i wiem, że właśnie dla tej chwili jestem właśnie w tym miejscu, właśnie w tym czasie :)
Wracam do kajuty jeszcze na lekkim haju. Zaczyna bujać. Monia nie śpi. Idę pod prysznic i bawi mnie że nie mogę utrzymać równowagi stojąc pod strumieniem wody (buja). Siedzę długo w łazience. Monia mi dogryza, że mam się przestać masturbować i wychodzić w momencie gdy "szczotkuję" zęby palcem :) Wychodzę. Wchodzę po drabince na łóżko piętrowe i śpię tej nocy niespokojnie, nie mogąc złapać oddechu i budząc się przy mocniejszych bujnięciach.
Następnego dnia zwiedzamy Karlskronę. Jest słonecznie, ale wietrzne. Jest fajnie... ale to już tylko dodatek do tego, co przeżyłam w nocy na morzu :)
18:03... siedzę sama w biurze i głośno śpiewam... Gotye - Somebody
That I Used To Know... i powiem tylko tyle, że cały czas mamy echo w nowym pokoju. Mam nadzieję, że prawnicy z sąsiedztwa skończyli już na dziś pracę... ;)
OOOOOoooooo!! oooooOOOO!!
O tym, że jest Dzień Dziecka dowiedziałam się o 7 rano, budząc się w łóżku w ubraniu i nie zmytym poprzedniego dnia makijażu. Cały tydzień pracy i zajęcia na podyplomówce do 20 w piątek najwidoczniej mocno mnie zmęczyły. Zajęcia dzisiaj miałam zacząć o 9, ale mimo pięknego słońca zaglądającego przez moje okno, nie mogłam wstać. Obiecałam sobie dołączyć do grupy po pierwszej przerwie. Wstałam, uszykowałam się, wyszłam na tramwaj i... stwierdziłam, że powłóczę się po mieście :D Jadąc 15 zastanawiałam się, co zjeść na śniadanie. Radością napawała mnie myśl, że mogę zjeść cokolwiek i gdziekolwiek :) Pojechałam pospacerować nad Maltę. Na śniadanie zjadłam chrupiącego sundwicha z łososiem, jajkiem i kiełkami (taka miła odmiana od codziennych kabanosów), gapiąc się na jezioro. O tym, że nie warto było iść na zajęcia przekonałam się po powrocie do domu ok 16, bo z połową grupy mogłam porozmawiać na fejsie, mimo wykładu na którym siedzieli :P
No i popsuła mi Izabela koncepcję tej notki, bo planowałam opisać, co to się niby przytrafiło mojej jakiejś tam znajomej ;) Wychodzi jednak na to, że muszę ponieść konsekwencje swojej głupoty służąc Wam moi mili za przestrogę. Po emocjonującym piątku na krawędzi, przeszedł czas na mrożącą krew w żyłach niedzielę. A krew zmroziła się tak, że aż struchlejecie ze strachu czytając ten wpis. Obiecuję ;)
Weekend był pogodny choć wietrzny. W powietrzu czuć już było śladowe ilości wiosennych atomów. Słonko przyjemnym ciepłem smagało po policzkach i przekomarzało się z, naprawdę zimnym tego dnia, wiatrem. Morasko i okolice Campusu Uniwersyteckiego pełne były spacerowiczów oraz siedzących na ławce. Na gładkiej asfaltówce pojawili się już spragnieni wiosny amatorzy dotlenienia się w ruchu: rowerzyści, rolkarze, od czasu do czasu chłopcy na ścigaczach oraz innych maszynach jednośladowych, których nie rozróżniam. Lasek oddzielający osiedle Batorego od Campusu Uniwersyteckiego spokojnym ruchem kołysał się pod wpływem wiatru... dookoła panował spokój...
Ogólnie to wyszłam na rolki, zostawiając na kuchni gotującą się wodę na makaraon podczas gdy nikogo nie było w domu!
I tak... wpłynęłam na suchego przestwór oceanu szusując wśród tych kołyszących się łanów, wśród tych świszczących sosen i jak mnie nie poraziło!! Pełna energii z miejsca wręcz osłabłam uświadamiając sobie, że dotarcie do domu na rolkach zajmie mi nie mniej niż kwadrans a garnek już i tak stoi na kuchni bardzo długo (nagle uświadamiałam sobie ile rzeczy zdażyłam zrobić, po wstawieniu wody). Przerażona pędziłam na złamanie karku i czułam w kościach, że zaraz zejdę na serce. Nie czekając dłużej zatrzymałam jadący asfaltówką samochód i zanim pan zdażył odpowiedzieć, czy zawiezie mnie na Batorego, siedziałam już na miejscu pasażera dukając coś na temat garnka i wody na makaron. Wiózł mnie całą wieczność! I cholera co za debil układał garby na osiedlowej ulicy?! Nie dosyć że trzęsłam się ze zdenerwowania z wizją spalonej kuchni w głowie, to jeszcze na tych garbach podskakiwałam! Już nawet rolki miałam ściągać w tym aucie i biec do domu w samych skarpetach! Tak strasznie byłam przerażona!
Wjechałam windą na pierwsze piętro, prawie rozplaskałam się na korytarzu zahaczając kółkiem o próg windy, rzuciłam się na drzwi próbując ucelować kluczem w zamek, wpadłam do mieszkania i... aaaaaaaaaaaaaa!! Woda na makaron spokojnie pyrkała sobie na kuchni. Trochę zaparowały szyby w oknach. Takiej ulgi to nie czułam nawet przy grypie żołądkowej... Wyłączyłam kuchenkę, apetyt na makaron jakoś mi minął, bez sił opadłam na łóżko i czułam się jak ostatni kaczorek. A chwilę później do drzwi zaskrobała Gosia 2, śmiejąc się ze mnie, że zostawiłam mój klucz z breloczkiem w kształcie krówki po zewnętrznej stronie drzwi.
To była prawdziwa noc na krawędzi! :D Zawiśliśmy na błotnym Kilimandżaro z przednimi kołami w powietrzu. Bóg zapłać człowiekowi z BMW, który poświęcił prawie 2h swojego snu, żeby nam pomóc a i tak nie dał rady. Trzeba było wezwać assistance :P Uczucie przy korzystaniu z ubezpieczenia auta w dniu, w którym się za nie zapłaciło - bezcenne! :D Nawet pomimo że to nie moje auto. O okolicznościach zajścia nie opowiem, bo to śmieszne ;)
Sobota - sama w domu, spałam do późna, teraz biegam w negliżu i śpiewam przy głośnej muzyce. Lubię to! Dobry transowy kawałek dla chętnych tutaj.
Pół dnia tkwiłam w dziwnym letargu, w poczuciu bezsilności z myślą, że już się nie spotkamy, nie porozmawiamy. Tak dobrze mi znana obojętność znów zapukała do drzwi mojego pokoju. I godzić się już z tym miałam, bez słowa chcąc przyjąć to, co niby lepszym rozwiązaniem ma być, gdy zadzwoniłeś i powiedziałeś, że będziesz za 20 minut, że musisz mnie zobaczyć i że jedziemy do miasta. Siedziałam oszołomiona przed komputerem. W łazience obok Gosia kąpała się puszczając sobie z telefonu Dżem i śpiewając na cały blok, że w "w życiu piękne są tylko chwile". Zapukałam do niej zapytać, czy siedzi we wannie, a ona odkrzyczała, że nic nie słyszy, bo pralka pierze i że siedzi we wannie. Zapytałam, czy długo jeszcze jej zajmie, bo muszę siku a Gosia odpowiedziała, że mogę śmiało wejść i że jej nie przeszkadza. Hmm... Nie wiedziałam, że umiem się przy kimś wysikać, ale pomyślałam, że zaufanie trzeba odpłacić zaufaniem i... się udało. Jeśli ten wieczór miał być inny niż wszystkie, to niech będzie taki na maksa nawet w takich szczegółach.
Wyszłam z klatki i czułam jak wszystkie negatywne emocje opuszczają mnie w sekundzie, gdy otworzyłeś szybę samochodu uśmiechnięty od ucha do ucha. I cieszyłam się, jakbym Cię wieki nie widziała i Ty też. I muzykę włączyliśmy i śpiewaliśmy i ta fajna piosenka Madonny leciała. A Ty snuć zacząłeś opowieść, że jak byśmy teraz wyjechali do Kołobrzegu, to o 5 rano byśmy byli na miejscu, a ja sprowadzałam na ziemię, że przecież mieliśmy się po prostu wybrać na herbatę na Stary Rynek.
Wyganiali nas z Cafe Kawka i myślałam, że to już koniec a wtedy pojechaliśmy na Chwaliszewo i pokazałeś mi najstarszą kamienicę na Czartorii. Pojechaliśmy na Ostrów Tumski, zaparkowaliśmy pod katedrą i poszliśmy na niebiesko oświetlony most Jordana. I myślałam, że to już koniec, kiedy jadąc przez Solną włączyłeś Jean Miechel Jarre'a i te dźwięki przy tak dobrej akustyce mnie po prostu oszołomiły! I już niczego więcej nie potrzebowałam... a Ty wróciłeś do swojej opowieści o tym, jak bardzo fascynują Cię stare orbisowskie hotele, zaparkowałeś pod Hotelem Polonez, powiedziałeś panu parkingowemu, że zaraz wrócimy, złapałeś mnie za rękę i po wejściu do środka zaprowadziłeś do drink baru pokazać mi stary neon z lat 80-tych... i żelazną płaskorzeźbę, która jest w każdym starym orbisowskim hotelu... i starą niedziałającą już klucznicę... i na 12 piętro mnie zabrałeś pokazać mi panoramę Poznania nocą, jak byś wiedział, że uwielbiam widoki z wieżowców. Nie mogłeś tego wiedzieć, bo przecież nie zdażyłam Ci jeszcze powiedzieć! I wróciliśmy na dół, żeby się pan parkingowy nie złościł. I pojechaliśmy na Morasko, bo staw Ci chciałam pokazać... A potem odwiozłeś mnie pod blok, pomachałam Ci i pojechałeś. Szalone 2 godziny z życia, aż nie byłam pewna, czy mi się czasem nie przyśniły.
Póki co robię mały research pod kątem naszego projektu na studia podyplomowe z marketingu internetowego. Tematem przewodnim pracy mają być właśnie QR kody i tu chciałabym się od Was dowiedzieć, jaka jest Wasza wiedza na temat tego typu technologii. Czy się spotkaliście z dziwnie wyglądającymi znakami? Czy wiecie w jaki sposób się je odczytuje? Czy je odczytujecie? Czy w jakiś sposób z nich korzystacie? Każda opinie w tym temacie będzie dla mnie cenna. Z góry dziękuję :)
Naprawdę wstyd mi się przyznać a jednak... ale przynajmniej było przyjemnie.

29 zł za groupon wart 100 zł: 1 z 4 masaży w studiu Line- no i kupiła sobie groupona za 29zł na masaż. W końcu raz na jakiś czas trzeba pozwolić sobie na jakieś cielesne przyjemności, prawda? Po jakiś 3 miesiącach od zakupu zadzwoniłam do studia Line umówić się na masowanie. Pierwsze co usłyszałam przez telefon, to zapytanie czy wiem o tym, że do masażu muszę dopłacić 50zł, bo kupon jest jedynie rabatem od cen katalogowych a cena masażu to 150zł. Byłam zaskoczona i czułam się zrobiona w balona, bo nie byłam gotowa na to, że jeszcze coś będę musiała dopłacać. Miałam już sobie odpuścić, gdy wręcz modelowo zadziałała u mnie reguła konsekwencji. Bo skoro zapłaciłam 29zł za kupon, to szkoda by przepadło, nic tylko trzeba brnąć w to dalej i jakoś sobie te dodatkowe wydatki wytłumaczyć. Wydam te 50zł, nie zbiednieję w końcu, jeśli raz na ruski rok zaserwuję sobie odrobinę luksusu bla bla bla - tak sobie tłumaczyłam, choć nigdy wcześniej nie wydałam tyle na próżne zachcianki własnego ciała i żal mi d... ściskał!). Ok, stanęło na odrobinie luksusu... Spośród 4 opcji do wyboru, wybrałam masaż gorącymi kamieniami. Po godzinie relaksu okazało się, że zamiast 50zł muszę dopłacić 80zł, ponieważ akurat ten masaż, katalogowo kosztuje 180zł. I w tym momencie stało się coś najgorszego. Okazałam dezaprobatę, by za chwilę i tak posłusznie zapłacić! Nie mogę sobie tego wybaczyć :) Meeegaaaaa dysonans, z którym od kilku godzin nie mogę sobie poradzić, bo mam psychologiczną świadomość tego, co się zadziało! Jedyne co mnie może teraz ukoić, to świadomość, że będziecie bardziej uważni, w momencie korzystania z różnego rodzaju promocji. Obiecajcie!
Abstrahując jednak od "obsługi - wprowadzającej w błąd - klienta" studio Line, polecam masaż gorącymi kamieniami gdziekolwiek indziej. Biorąc pod uwagę fakt, że podczas masażu leży się zupełnie nago (pomijając jednorazowe niby papierowe majtasy) a przez godzinę na naoliwonym ciele czujesz przyjemnie gorące kamienie i doznania, których nie da się porównać z żadnymi innymi, warto jest taki zabieg "przyjąć na klatę" (i nie tylko :)). Nagle uświadamiasz sobie, że masz działające receptopry czuciowe raz to w zupełnie zapomnianych a dwa, zupełnie oczywistych miejscach na ciele. Nagle czujesz przeskakujący pod dłońmi masażystki mięsień czworogłowy uda i jest to tak przyjemne, że zaczynasz zastanawiać się, dlaczego sam nigdy go nie masujesz. Czujesz dwa gorące kamienie przepływające od stopy, przez udo, brzuch, klatkę piersiową aż do ramienia i masz wrażenie, że całe ciało wtapia się w łóżko, na którym właśnie leżysz. Przez moment prawie czujesz, że zaraz przez nie przenikniesz i skapniesz na podłogę zostawiając ogromną mokrą plamę... A potem masaż twarzy: czuję kamienie gładzące policzki, okalające oczy i delikatnie naciskające na skronie... działają tak mocno, że świeżbi mnie górna warga! Doprawdy dziwne przeżycia... bardzo osobliwe... i przez to, że tak rzadko oddaję się tego typu przyjemnościom - zaskakujące. Myślałam, że jestem świadomo swojego ciała, a tu nagle tyle niespodzianek...
I tak oto zracjonalizowałam sobie większy od zamierzonego wydatek.
Po 2 miesiącach znów odwiedziłam rodziców. Siedzimy sobie wszyscy w jednym pokoju. Ogladamy z tatą TVN Turbo. Najpierw program o człowieku, który pasjonuje się autobusami ogórkami, potem o człowieku który kupuje stare samochody i je odnawia a teraz o piłce nożnej i drużynie z Portugalii. Dzielę uwagę między tv a komputer. Tata co chwilę coś komentuje. Mama się krząta między pokojem a kuchnią. Agata z Mateuszem siedzą na podłodze i grają w jakąś planszówkę. Jutro wracają do Łodzi, ja do Poznania. Póki co totalny chill out :) A na obiad babcia ugotowała specjalnie dla nas zacierki, naszą ulubioną zupę z dzieciństwa :) Lubicie? Co dobrego lubicie jeść "u rodziców"?
Rybika Miłosza mamy od niedawna. Malec buszuje sobie w łazience nocami od kilku dni i właśnie przed chwilą znowu go spotkałam i jakoś tak mnie rozbawił. Kluska ma kocura Borysa a Paula ma rybika Miłosza, a co!
Wcinam właśnie kabanosa, takiego dobrze uwędzonego, pachnącego i pełnego przypraw... zagryzam świeżutką, chrupiącą bułeczką i zapijam zimną Cherry Coke z puszki i... czuję się taka niegrzeczna myśląc o tym, że mogłabym na przykład jeść kiełki pszenicy z liściem sałaty ;)
Co dobrego dziś jedliście?

... mimo że poezja zawsze była dla mnie zbiorem niezrozumiałych zaklęć, to z tą krótką formą, jakoś tak się... identyfikuję.
Był to dziwny tydzień. Zaczął się weekendem w Toruniu, gdzie dobre rzeczy przeplatały się ze złymi. Były dobre mufiny, Kluska podarowała mi zrobiony specjalnie dla mnie chustecznik z obrazkiem Klimta, poznałam Borysa... radość, radość, radość. Ale była też brzydka pogoda, zniechęcająca do spacerów po starówce i brak naleśników z syropem klonowym w toruńskim Mercure... żal, żal, żal.pl.
Poniedziałku nie pamiętam, chyba wyparłam ze świadomości. Jakoś długo spałam po pracy.
Bohaterką wtorku była Agnieszka, smak mrożonych malin i sushi. W środę... w środę umówiłam kosmetyczkę na 18:30. Poszłam na mikrodermabrazję. Pierwszy raz w życiu... tak dla nowych doznań... ale jakoś szału nie zrobiło, nie zanosi się więc, żebym dalej korzystała z tego typu usług. Czwartek to demonstracja przeciw ACTA z Natalią i podróże kulinarne z Moniką. Pomijając bezpieczne i wesołe flash moby, w których uczestniczyłam pisząc o nich pracę magisterską, zobaczyłam jaka jest siła internetu - ponad 2 tysiace niezadowolonych osób wyszło tego dnia na ulicę! I dobrze. Co do kulinariów odkryłyśmy z Monią Manekina na Kwiatowej. Fajny klimat, dobre jedzenie, przystępne ceny i taka sobie obsługa. Wróciłam do domu i zapadłam w sen, by o 2 w nocy obudzić się w szoku, że mam na sobie ubrania i makijaż. Przed zaśnięciem zdążyłam tylko odebrać dzwoniący telefon... służbowy! i była to wielka niespodzianka :) Zasnęłam z nadmiaru myśli. Piątek również pełen wrażeń: bo pożar kamienicy na Szkolnej, bo nie ma plastikowych wieszaczków w Tesco, bo kupiłam marynowane patisony (mówiłam już, że bardzo podoba mi się słowo PATISON?)... A dziś sobota. Spałam ze stopami przyklejonymi do kaloryfera i miałam dziwne sny. Właśnie zaplanowałam wyjazd na Kaszuby za dwa tygodnie połączony z wypadem do mojej stęsknionej już Gdyni i jest to moja pozytywna myśl dzisiejszego dnia. Po południu bowling w Plazie. Tym razem jeszcze tłumniej, bo w 10 osób! W nocy szaleństwo na parkiecie... :) Mmmm... Naprawdę nic się nie stało.
1. jej nazwisko
2. adres
3. pogląd na temat innych mężczyzn
Co o tym sądzicie?
... chciałoby się zatytułować tę notkę, tytułem jednej z moich ulubionych powieści Izabeli Sowy... tylko że moje maliny były mrożone!
Cafe Kawka na Wronieckiej... pierwsze spotkanie od ponad 2 lat... lemoniada malinowa, maliny rozpływające się w ustach, ociekające sokiem i lodem. Ciepło i przytulność jak zawsze tam... Opowieściom nie było końca... i jeszcze dostałam w prezencie taki fajny malutki Cable Car - ponoć jeden z symboli San Franscisco. Cieszę się jak dziecko i wpisuję ten dzień do pamiętnika jako jeden z tych pozytywnych, które dają mi wiarę w to, że o fajnych ludziach się pamięta i jest fajnie nawet po długim niewidzeniu w bardzo dużej odległości :)
PS. Co do poprzedniej notki, to nie bierzcie mnie zbyt na serio. To nie o mnie. No heloł! :P
- To jak? Jesteśmy znowu razem?
- Hmmm... na razie negocjujemy.
- No weź... chciałbym już napisać na fejsie, że jesteśmy w skomplikowanym związku.
Z cyklu: dialog z życia wzięty, niekoniecznie dosłownie zacytowany.
4 stycznia...
pAULINA bLOG ma już 10 LAT!!
Jak co roku o tej porze dziękuję wszystkim tym, którzy są ze mną od samego początku, jak i tym, którzy dołączyli po drodze. Tym, którzy odwiedzają mnie regularnie, jak i tym, którym zdarzyło się to tylko raz. Dzięki za wsparcie, obecność, bycie na bieżąco. Dzięki za znajomości nawiązane za pośrednictwem tej strony. Dzięki za to, że wracacie, za to że większość z Was pamięta adres strony i trafia na nią wpisując adres w wyszukiwarce, jak również za to, że dzięki Wam po wpisaniu "blog pauliny" łaskawca Google pokazuje mnie na 2 pozycji, zaraz za blogiem nieobecnej już z nami Pauli Pruskiej, z którą nigdy nie miałam ambicji rywalizować w wyszukiwarce. Dzięki, że zaglądacie nawet wtedy, gdy ja nie zaglądam - obiecuję poprawę w nowym roku :) Dzięki, dzięki, dzięki! :) Buziakuję!
Jutro kolejny, piękny dzień :) Muszę się pilnować, by znów nie pójść do pracy w bluzce ubranej na lewą stronę...
- Tęsknię Puchatku, niech już będzie czwartek.
- Będzie. W czwartek. Branoc.
- Zero empatii
- ?
- Powiedziałbyś chociaż, że to już niedługo itp...
- Nie mogę.
- Why?
- Bo to bardzo długo.
Imiona bohaterów zostały zmienione. Wszelka ich zbieżność jest przypadkowa.
Prolog
Z mieszkania w berlińskiej dzielnicy Spandau wychodzimy ok. 20-ej, ubrane na
cebulkę, zaopatrzone w szampana i mały termos z herbatą. Mamy witać nowy rok
wraz z tysiącami tubylców i nie tylko, pod Bramą Brandenburską. Plan podróży do
centrum wydrukowany na kartce. Czeka nas około godzinna podróż najpierw na
dworzec Berlin ZOO a następnie w kierunku Reichstagu. Jedziemy ok. 18km...
Jestem w pełni na łasce Moniki, jako znającej Berlin i język niemiecki.
Wysiadamy z autobusu przy Alexanderplatz i dalej za tłumem idziemy w kierunku
Kolumny Zwycięstwa.
Idąc za tłumem
Przyznać trzeba, że statua jest naprawdę monumentalna i zważywszy na historię
miasta sprawia, że patrząc na nią, darzy się je respektem. Blisko tego miejsca
ulokowana jest pierwsza scena. Do północy mamy jeszcze trzy godziny, ludzie
dopiero się schodzą, nieliczni nieśmiało tańczą w rytm muzyki. Całe święto
wygląda zupełnie inaczej niż nasze polskie Sylwestry z jedynką, dwójką, w
Polsacie, czy jakiekolwiek inne emitowane w TV z największych polskich miast.
Berlińskie
Dezemberfest
Sylwester w Berlinie to wielki festiwal radości, zabawy, piwa i brandenburskich
kiełbasek z curry. Festyn maskotek wyciąganych z automatów, strzelnic z misiami
i piernikowych serc z miłosnymi wyznaniami. Do dyspozycji sylwestrowych
biesiadników są piwne puby pod chmurką, punkty z naleśnikami, kiełbaskami,
stragany z futrzastymi czapkami, berlińskimi gadżetami made in China oraz
karuzele, młoty na które ludzie wchodzą, by powisieć przez kilka sekund z głową
w dół na bardzo dużej wysokości i opatrzyć ten wieczór dodatkowymi emocjami.
Piwo i grzane wino leją się cebrami. Nad wszystkim góruje ogromny,
opatrzony tysiącami kolorowych światełek Diabelski Młyn.
Nie ma petard wśród tłumu, ponieważ nie można ich wnosić na teren imprezy. Można za to wejść z
własnym szampanem. Nasz oczywiście cierpliwie czeka w mojej torbie, by odegrać
swoją rolę w kluczowym momencie wieczoru... którego jednak nie doczekuje...
Szampan jako zbędny balast sylwestrowej nocy
Nieco przed 23 komunikuję Moni, że moja torba z zawartością w postaci m.in.
butelki szampana i termosu z herbatą jest ciężka. Nie dalej jak tydzień temu
wpadłam na nowatorski pomysł, by opłatek wigilijny zastąpić andrutami, jednakże
pomysł, by pozbyć się szampana przed północą a nowy rok witać gorącą herbatą z
owocowego suszu prosto z termosu, należy do Moniki. Na moją reakcję nie trzeba
długo czekać. I tak nie planowałam wypić więcej niż jednego łyka. Ustawiamy
zapieczętowanego szampana na chodniku przy latarni i jeszcze przez chwilę
obserwujemy zdumione miny przechodniów.
Ostatnia godzina roku 2011
Moja torba już lżejsza. Wtapiamy się w coraz gęstrzy tłum, coraz bliżej bramy.
Na telebimie DJ Bobo prezentuje jakąś banalną choreografię, której i tak nikt
nie jest w stanie powtórzyć w tłumie. Euforia sięga zenitu, gdy Bobo intonuje
swój największy przebój There
is a party. Znam słowa piosenki, bo to mój idol z czasów 15-stych urodzin,
więc śpiewam, mimo że przeciskamy się przez jakieś wąskie gardło i ktoś gniecie
mi wątrobę. Nic nie widać z miejsca, w którym fala tłumu przestaje nas nieść,
więc postanawiamy popłynąć w kierunku najbliższego punktu z brandenburskimi
kiełbaskami. Monia zapewnia, że są pyszne. Konsumujemy więc przy kiełbasianej
budce. Dopiero na drugi dzień ma wyjść na jaw smutna prawda o tym, że
musztarda, której nie dane mi było zjeść z kiełbaską, zaatakowała moje buty,
rękawiczki, płaszcz i szal. Dochodzi północ. Na scenie Scorpionsi, których
jednak niemalże wcale nie słyszymy. Macam ręką wewnątrz mojej torby w poszukiwaniu
twardego, podłużnego kształtu... po chwili podając Moni termos z herbatą. W
powietrzu eksplodują pierwsze fajerwerki...
5...4... 3... 2... 1... AAAAAaaaa!! Euforia i zbiorowy orgazm!
Eksplodują kolejne fajerwerki... Jedną ręką kręcę filmik telefonem, w drugiej
trzymam kubeczek herbaty z suszu owocowego z miodem. Jest pyszna! Gorąca i
aromatyczna! Jeden łyk sprawia ogromną radość, pijemy z Monią z jednego kubka
składając sobie życzenia. Eksplodujące fajerwerki przy okazji rozpruwają jakąś
chmurkę, bo poza deszczem szwotołów i petardowych odpadków zaczyna spadać nam
na głowy zwykły deszcz. Po całym przedstawieniu tłum w pokorze rozchodzi się w
cztery strony świata.
Dookoła bałagan i nuda... jak to po orgazmie ;)

Lubię: burze z piorunami i błyskawicami, wiatr we włosach, zapach świeżej trawy, morze, zachody słońca nad morzem, powietrze, słońce, lato, śmiech, przestrzeń, kwitnące drzewa wieczorową porą, spanie nago, bieganie boso po trawie, widoki z wieżowców, loty samolotem, szybką jazdę na rowerze, letni deszcz, długie spacery, patrzenie w chmury, muzykę trance, pocztówki Tylkowskiego, książki Janusza Wiśniewskiego, grafiki Luisa Royo, łyżwy, siatkówkę, zwiewne sukienki, perfumy Envy Gucciego, czekoladę, maliny, pizzę, i wiele, wiele innych smaków, zapachów, dźwięków, widoków... dotyków?... :)
Podróżniczka przez życie, od 27 lat panująca nad własnym chaosem. Kochająca wolność, lato i morze. Niczego nie żałująca, na ogół szczęśliwa. Wychowana na skarpie nad Wisłą, wykształcona w Poznaniu, szukająca swojego miejsca na ziemi, obecnie po 1,5 rocznym epizodzie w Trójmieście, znów w Poznaniu. Opisuję prawdziwe wydarzenia z życia, piszę o pierdołach, od czasu do czasu coś nazmyślam. Po prostu...
