Był to dziwny tydzień. Zaczął się weekendem w Toruniu, gdzie dobre rzeczy przeplatały się ze złymi. Były dobre mufiny, Kluska podarowała mi zrobiony specjalnie dla mnie chustecznik z obrazkiem Klimta, poznałam Borysa... radość, radość, radość. Ale była też brzydka pogoda, zniechęcająca do spacerów po starówce i brak naleśników z syropem klonowym w toruńskim Mercure... żal, żal, żal.pl.
Poniedziałku nie pamiętam, chyba wyparłam ze świadomości. Jakoś długo spałam po pracy.
Bohaterką wtorku była Agnieszka, smak mrożonych malin i sushi. W środę... w środę umówiłam kosmetyczkę na 18:30. Poszłam na mikrodermabrazję. Pierwszy raz w życiu... tak dla nowych doznań... ale jakoś szału nie zrobiło, nie zanosi się więc, żebym dalej korzystała z tego typu usług. Czwartek to demonstracja przeciw ACTA z Natalią i podróże kulinarne z Moniką. Pomijając bezpieczne i wesołe flash moby, w których uczestniczyłam pisząc o nich pracę magisterską, zobaczyłam jaka jest siła internetu - ponad 2 tysiace niezadowolonych osób wyszło tego dnia na ulicę! I dobrze. Co do kulinariów odkryłyśmy z Monią Manekina na Kwiatowej. Fajny klimat, dobre jedzenie, przystępne ceny i taka sobie obsługa. Wróciłam do domu i zapadłam w sen, by o 2 w nocy obudzić się w szoku, że mam na sobie ubrania i makijaż. Przed zaśnięciem zdążyłam tylko odebrać dzwoniący telefon... służbowy! i była to wielka niespodzianka :) Zasnęłam z nadmiaru myśli. Piątek również pełen wrażeń: bo pożar kamienicy na Szkolnej, bo nie ma plastikowych wieszaczków w Tesco, bo kupiłam marynowane patisony (mówiłam już, że bardzo podoba mi się słowo PATISON?)... A dziś sobota. Spałam ze stopami przyklejonymi do kaloryfera i miałam dziwne sny. Właśnie zaplanowałam wyjazd na Kaszuby za dwa tygodnie połączony z wypadem do mojej stęsknionej już Gdyni i jest to moja pozytywna myśl dzisiejszego dnia. Po południu bowling w Plazie. Tym razem jeszcze tłumniej, bo w 10 osób! W nocy szaleństwo na parkiecie... :) Mmmm... Naprawdę nic się nie stało.
1. jej nazwisko
2. adres
3. pogląd na temat innych mężczyzn
Co o tym sądzicie?
... chciałoby się zatytułować tę notkę, tytułem jednej z moich ulubionych powieści Izabeli Sowy... tylko że moje maliny były mrożone!
Cafe Kawka na Wronieckiej... pierwsze spotkanie od ponad 2 lat... lemoniada malinowa, maliny rozpływające się w ustach, ociekające sokiem i lodem. Ciepło i przytulność jak zawsze tam... Opowieściom nie było końca... i jeszcze dostałam w prezencie taki fajny malutki Cable Car - ponoć jeden z symboli San Franscisco. Cieszę się jak dziecko i wpisuję ten dzień do pamiętnika jako jeden z tych pozytywnych, które dają mi wiarę w to, że o fajnych ludziach się pamięta i jest fajnie nawet po długim niewidzeniu w bardzo dużej odległości :)
PS. Co do poprzedniej notki, to nie bierzcie mnie zbyt na serio. To nie o mnie. No heloł! :P
- To jak? Jesteśmy znowu razem?
- Hmmm... na razie negocjujemy.
- No weź... chciałbym już napisać na fejsie, że jesteśmy w skomplikowanym związku.
Z cyklu: dialog z życia wzięty, niekoniecznie dosłownie zacytowany.
4 stycznia...
pAULINA bLOG ma już 10 LAT!!
Jak co roku o tej porze dziękuję wszystkim tym, którzy są ze mną od samego początku, jak i tym, którzy dołączyli po drodze. Tym, którzy odwiedzają mnie regularnie, jak i tym, którym zdarzyło się to tylko raz. Dzięki za wsparcie, obecność, bycie na bieżąco. Dzięki za znajomości nawiązane za pośrednictwem tej strony. Dzięki za to, że wracacie, za to że większość z Was pamięta adres strony i trafia na nią wpisując adres w wyszukiwarce, jak również za to, że dzięki Wam po wpisaniu "blog pauliny" łaskawca Google pokazuje mnie na 2 pozycji, zaraz za blogiem nieobecnej już z nami Pauli Pruskiej, z którą nigdy nie miałam ambicji rywalizować w wyszukiwarce. Dzięki, że zaglądacie nawet wtedy, gdy ja nie zaglądam - obiecuję poprawę w nowym roku :) Dzięki, dzięki, dzięki! :) Buziakuję!
Jutro kolejny, piękny dzień :) Muszę się pilnować, by znów nie pójść do pracy w bluzce ubranej na lewą stronę...
- Tęsknię Puchatku, niech już będzie czwartek.
- Będzie. W czwartek. Branoc.
- Zero empatii
- ?
- Powiedziałbyś chociaż, że to już niedługo itp...
- Nie mogę.
- Why?
- Bo to bardzo długo.
Imiona bohaterów zostały zmienione. Wszelka ich zbieżność jest przypadkowa.
Prolog
Z mieszkania w berlińskiej dzielnicy Spandau wychodzimy ok. 20-ej, ubrane na
cebulkę, zaopatrzone w szampana i mały termos z herbatą. Mamy witać nowy rok
wraz z tysiącami tubylców i nie tylko, pod Bramą Brandenburską. Plan podróży do
centrum wydrukowany na kartce. Czeka nas około godzinna podróż najpierw na
dworzec Berlin ZOO a następnie w kierunku Reichstagu. Jedziemy ok. 18km...
Jestem w pełni na łasce Moniki, jako znającej Berlin i język niemiecki.
Wysiadamy z autobusu przy Alexanderplatz i dalej za tłumem idziemy w kierunku
Kolumny Zwycięstwa.
Idąc za tłumem
Przyznać trzeba, że statua jest naprawdę monumentalna i zważywszy na historię
miasta sprawia, że patrząc na nią, darzy się je respektem. Blisko tego miejsca
ulokowana jest pierwsza scena. Do północy mamy jeszcze trzy godziny, ludzie
dopiero się schodzą, nieliczni nieśmiało tańczą w rytm muzyki. Całe święto
wygląda zupełnie inaczej niż nasze polskie Sylwestry z jedynką, dwójką, w
Polsacie, czy jakiekolwiek inne emitowane w TV z największych polskich miast.
Berlińskie
Dezemberfest
Sylwester w Berlinie to wielki festiwal radości, zabawy, piwa i brandenburskich
kiełbasek z curry. Festyn maskotek wyciąganych z automatów, strzelnic z misiami
i piernikowych serc z miłosnymi wyznaniami. Do dyspozycji sylwestrowych
biesiadników są piwne puby pod chmurką, punkty z naleśnikami, kiełbaskami,
stragany z futrzastymi czapkami, berlińskimi gadżetami made in China oraz
karuzele, młoty na które ludzie wchodzą, by powisieć przez kilka sekund z głową
w dół na bardzo dużej wysokości i opatrzyć ten wieczór dodatkowymi emocjami.
Piwo i grzane wino leją się cebrami. Nad wszystkim góruje ogromny,
opatrzony tysiącami kolorowych światełek Diabelski Młyn.
Nie ma petard wśród tłumu, ponieważ nie można ich wnosić na teren imprezy. Można za to wejść z
własnym szampanem. Nasz oczywiście cierpliwie czeka w mojej torbie, by odegrać
swoją rolę w kluczowym momencie wieczoru... którego jednak nie doczekuje...
Szampan jako zbędny balast sylwestrowej nocy
Nieco przed 23 komunikuję Moni, że moja torba z zawartością w postaci m.in.
butelki szampana i termosu z herbatą jest ciężka. Nie dalej jak tydzień temu
wpadłam na nowatorski pomysł, by opłatek wigilijny zastąpić andrutami, jednakże
pomysł, by pozbyć się szampana przed północą a nowy rok witać gorącą herbatą z
owocowego suszu prosto z termosu, należy do Moniki. Na moją reakcję nie trzeba
długo czekać. I tak nie planowałam wypić więcej niż jednego łyka. Ustawiamy
zapieczętowanego szampana na chodniku przy latarni i jeszcze przez chwilę
obserwujemy zdumione miny przechodniów.
Ostatnia godzina roku 2011
Moja torba już lżejsza. Wtapiamy się w coraz gęstrzy tłum, coraz bliżej bramy.
Na telebimie DJ Bobo prezentuje jakąś banalną choreografię, której i tak nikt
nie jest w stanie powtórzyć w tłumie. Euforia sięga zenitu, gdy Bobo intonuje
swój największy przebój There
is a party. Znam słowa piosenki, bo to mój idol z czasów 15-stych urodzin,
więc śpiewam, mimo że przeciskamy się przez jakieś wąskie gardło i ktoś gniecie
mi wątrobę. Nic nie widać z miejsca, w którym fala tłumu przestaje nas nieść,
więc postanawiamy popłynąć w kierunku najbliższego punktu z brandenburskimi
kiełbaskami. Monia zapewnia, że są pyszne. Konsumujemy więc przy kiełbasianej
budce. Dopiero na drugi dzień ma wyjść na jaw smutna prawda o tym, że
musztarda, której nie dane mi było zjeść z kiełbaską, zaatakowała moje buty,
rękawiczki, płaszcz i szal. Dochodzi północ. Na scenie Scorpionsi, których
jednak niemalże wcale nie słyszymy. Macam ręką wewnątrz mojej torby w poszukiwaniu
twardego, podłużnego kształtu... po chwili podając Moni termos z herbatą. W
powietrzu eksplodują pierwsze fajerwerki...
5...4... 3... 2... 1... AAAAAaaaa!! Euforia i zbiorowy orgazm!
Eksplodują kolejne fajerwerki... Jedną ręką kręcę filmik telefonem, w drugiej
trzymam kubeczek herbaty z suszu owocowego z miodem. Jest pyszna! Gorąca i
aromatyczna! Jeden łyk sprawia ogromną radość, pijemy z Monią z jednego kubka
składając sobie życzenia. Eksplodujące fajerwerki przy okazji rozpruwają jakąś
chmurkę, bo poza deszczem szwotołów i petardowych odpadków zaczyna spadać nam
na głowy zwykły deszcz. Po całym przedstawieniu tłum w pokorze rozchodzi się w
cztery strony świata.
Dookoła bałagan i nuda... jak to po orgazmie ;)
Ostatnio ogarnia mnie późno jesienny bezruch. Za zimno na basen, zbyt osłabiona się czuję, by zaangażować się w jakąś aktywność. Ludzie są zbyt zajęci, by w jednym terminie umówić się na bowling. A ja siedząc w domu z przeziębieniem w nosie i gardle, znalazłam w końcu motywację do zainteresowania się ofertami mieszkań. Jeszcze nie wiem, kiedy się odważę na ten poważny krok i czy uda się to w najbliższym czasie. Na razie robię wstępne podchody. Może to ostatnie chwile pozytywnego myślenia? To, jak kryzys odbije się na mojej pracy wciąż jeszcze pozostaje zagadką. Staram się myśleć pozytywnie, ale przede wszystkim realnie i być gotowa na każdą ewentualność.
Gdzie byłam w ciągu ostatniego miesiąca? Głównie w Poznaniu, ale były też piękne Karkonosze i sentymentalna podróż do Trójmiasta i na Półwysep Helski.

Było cudowne, przyćmione jesienną aurą słońce na zboczach Śnieżki, mleczne opary mgły przy stawie obok Samotni, cudowna pełnia księżyca oświetlająca pustą i magiczną nocą plażę na Helu, porywisty wiatr na molo w Sopocie i niemalże kosmiczny wschód księżyca na samym końcu cypla w Rewie.
Lubię kolekcjonować takie obrazy w swojej pamięci.
Kolejny weekend to zjazd na uczelni i spotkanie z szalonymi podyplomówkowiczami. Nasze ostatnie wyjście integracyjne pokazało, że trafiłam na grupę naprawdę fajnych ludzi. Z samych studiów również jestem bardzo zadowolona.
A co dobrego u Was?
Uwielbiam wąchać zapach, do którego byłam bardzo przyzwyczajona a dawno już go nie używałam. Zmieniłam jakiś czas temu perfumy, ale odrobinę poprzednich zostawiłam na dnie flakonu, by móc od czasu do czasu do nich wracać. Zapachy zawsze mocno mi się kojarzą. Tego używałam tak długo, że przypominają mi po prostu mnie z czasów, gdy tak właśnie pachniałam. Przypominają mi uczucia i emocje z wtedy, ale już nie tak żywe, jak kiedyś... i miłe to jest... przyjemne i błogie...
Nie perfumuję się przed snem, ale dzisiaj... zasypiam z zapachem mojego zielonego Envi na nadgarstku.
Zgadnijcie, kto zostawił strój kąpięlowy w pożyczonym plecaku i oddał jako pusty. Usprawiedliwiam się faktem, że brązowy strój nie był widoczny na tle czarnego wnętrza plecaka, ale i tak siara, jak nie wiem co...
... jej świadomość.
Prawda jest taka, że im mniej kresek pokazuje mój "nadworny" słupek rtęci, tym spada również motywacja do spełnienia danej sobie obietnicy regularnego pływania. Jeszcze miesiąc temu, chodzenie na basen trzy razy w tygodniu, to była naprawdę przyjemna mobilizacja. Ciepło na dworze, popołudnia spędzane na mieście i wieczorny relaks na pływalni - wszystko to dawało mi poczucie wykorzystania dnia w 100%. Od niedawna jest pod górkę.
Po raz pierwszy pod górę było w piątek. Gdy musiałam wyjść z domu w ulewę, ze świadomością, że przy tak paskudnej pogodzie przyjdzie mi wracać w najlepszym przypadku z wilgotnymi włosami. Brrr! Stwierdziłam, że najtrudniej będzie ubrać się w strój. No bo kto ubrany w strój kąpielowy nagle się rozmyśla? Ubrałam strój, spakowałam ręcznik i klapki i wyszłam z domu. Do basenu mam 10 minut piechotą, ale pod parasolem to była naprawdę wieczność. W połowie drogi miałam ochotę się wrócić... ale kto mający już prawie przed sobą pływalnię, idący pod parasolem i mający na sobie strój kąpielowy wraca? Wewnętrznie czułam się jakbym była psem ciągniętym do weterynarza. No niby trzeba iść bo pan każe i to dla naszego dobra, ale mimo to się zapierasz i po prostu nie możesz. Zmusiłam się. Weszłam do basenu. Tradycyjnie 50 minut pływania i 20 minut w jacuzzi. Wróciłam tak zmęczone, że zasnęłam niemal na stojąco.
Dzisiaj sytuacja się powtarza. Nie chce mi się jak cholera. Ubolewam, bo przecież miało być tak pięknie... regularnie i wyczerpująco. Dzisiaj mam bardziej pod górę, bo wypada przed wyjściem ogolić nogi. Golę. Ubieram strój (taaak, teraz już będzie z górki). Pakuję plecak (i żegnam się z kotem Gosi).Wychodzę z domu (zamykam na dwa zamki, żeby trudniej było się rozmyślić). Idę przez deszcz (fuck! znowu!). W połowie drogi znowu odtwarzam w głowie film o psie i weterynarzu i aż uświadamiam sobie swój szczękościsk na myśl o wejściu do wody. Przekraczam próg pływalni i nadal nie jestem przekonana i... jeden czynnik wybieram na gwaranta mojego wejścia dziś do wody... jeden! Spoglądam na basen... kilka znajomych już twarzy... siwy ratownik, Pan obwisłe-gacie... założony czynnik nie wystąpił. W jednej sekundzie czuję się rozgrzeszona. Pierdzielę ogolone nogi i to, że szłam przez deszcz. Nie mam wyrzutów nawet z powodu zamknięcia drzwi na dwa zamki. Po prostu wracam beztrosko do domu, myśląc o ciepłych papciach, suchych włosach i ciepłym kocu. Oj tam! Nie pozwolę, by jakieś irracjonalne heurystyki rządziły moim zachowaniem! Nie chce mi się dzisiaj pływać i kropka.
Jakieś 2 tygodnie temu, będąc z Kluską na zakupach w Malcie znalazłam na ziemii srebrny pierścionek z cyrkonią. Zastanawiałyśmy się przez krótką chwilę do kogo należał. Potem wrzuciłam do kieszeni. Dyskutowałyśmy nad nim jeszcze w pierogarni a po powrocie do domu, po prostu położyłam go na biurku i tak sobie leżał pośród kolczyków, baterii do aparatu, w towarzystwie miętowych gum do żucia i otwartej paczki czekolady. W nocy przyśnił się Klusce. Podobno jakaś dziewczyna się po niego zgłosiła w kluskowym śnie. Mnie się nic nie śniło... do czasu. Po 2 tygodniach dziewczyna przyszła po pierścionek także do mnie... we śnie. Dała mi za niego mnóstwo pieniędzy. A potem zadzwonił budzik i musiałam iść do pracy. A pierścionek cały czas leży na biurku.
Z wchodzeniem w związek jest jak z kupnem świnki morskiej. Kiedyś jedyną przeszkodą byli rodzice. Dzisiaj, jednego dnia zakochujesz się od pierwszego zobaczenia jej w sklepie, by na drugi dzień znaleźć same ograniczenia wynikające z jej posiadania...
- kąpałam się
- ok, to teraz idź leżeć i pachnieć
- dokładnie tak zamierzałam
- w takim razie spokojnej nocy
- dobranoc
Nadeszła jesień, pora czytania książek. Pewnego dnia robiąc zakupy w Tesco natknęłam się na nowy zbiór opowiadań Wiśniewskiego - "Ukrwienia"……
Pewnego dnia w
pewnym biurze w Poznaniu:
A: dajcie mi coś słodkiegoooo...
B: jest jeszcze tort
A: ale ja bym wolała coś twardegoooo...
B: hehe
C: hehehe
B: jest jeszcze czekolada w lodówce
A: ale to czekolada D.
B: ona się nie skapnie... a poza tym jest na diecie
C: jest na diecie... a poza tym uprawia wszystkie możliwe sporty i jeszcze
biegają za nią psy
A: biegają za nią psy i ich właściciele z wywieszonymi jęzorami
M. czekała na mnie na Szkolnej. Miałyśmy razem zjeść obiad. Cały dzień marzyłam o naleśnikach słodkich aż do porzygu, jak zwykliśmy mawiać w Sopocie. Dramat! Skończyłyśmy na naleśnikach w Dramacie. M. jadła po turecku, ja… naleśnika z czekoladą i bananami w… polewie czekoladowej. Tego potrzebowałam. Popołudnie było cudowne, jak tylko cudowne może być jesienne popołudnie w Poznaniu: ciepły sweter, odpoczywający po godzinach szczytu Stary Rynek, ludzie leniwie snujący się po uliczkach Starówki, kilka minut w Dragonie, pełne wrażeń opowieści M. o pobycie na Mazurach.
„Ukrwienia” i Janusz Leon Wiśniewski… Czytam... i wniosek znów jest ten sam: każde jego opowiadanie jest jak strzał w potylicę. Czas refrakcji równy kilka zaledwie minut, fizyczny bezruch, psychiczny zamęt i dopiero po chwili możesz wrócić do codzienności, do swojego Matrixa. Ludzkie życie w opowiadaniach Wiśniewskiego jest nagie. Często erotyczne i zmysłowe, często surowe i jak z koszmaru, naukowe prawdy zawsze przeplatają się tu z "molekułami emocji".
Podnoszę wzrok sponad książki. Siedzę na przystanku Pestki na Słowiańskiej i widzę M. wysiadającą z tramwaju z szelmowskim uśmiechem. Dopiero co rozstałyśmy się na Teatralnym, gdy przejeżdżając obok Wesołego Miasteczka na Mieszka I uświadomiłam sobie, że spotkałyśmy się tak naprawdę po to, by razem iść na Diabelski Młyn.
Uwielbiam Diabelski Młyn. Uwielbiam widoki z wysokości. Uwielbiam Poznań z wysokości. Gdyby nie mój sentyment do mieszkania na Batorego, mieszkałabym pewnie na 15 piętrze jakiegoś wieżowca na Winogradach. I uwielbiam patrzeć na ludzi wchodzących na najbardziej „niebezpieczne” karuzele w miasteczku!
A potem zmarzłyśmy i każda pojechała do siebie. M. sama, ja w towarzystwie Wiśniewskiego.
Tyle było planów na dzisiejszy wieczór a skończyło się na siedzeniu w domu.
Czwartek... a dopiero sobie uświadomiłam że tak rzadko bywałam w domy, że nie rozpakowałam jeszcze torby od powrótu od rodziców w niedzielę. Dziś w końcu się za to wezmę, bo wypada się spakować na wyjazd do Trójmiasta, jutro po pracy. Dni za szybko lecą ostatnio.
Po wielu trudach i znojach wybrałam się w końcu na basen. Na 5 minut przed zanurzeniem się w błękitnych odmętach na osiedlu Batorego udało mi się namówić na pływanie koleżankę ze studiów, której nie widziałam od... hmmm... około 3 lat! Chwilę po tym pluskałyśmy się już razem we wodzie. W sumie solidny trening bo 1,5h w tym 1h na pływaniu i pół w jacuzzi. Pożegnałyśmy się przed wyjściem i poczłapałam spacerkiem do domu. O ile przejście przez osiedle w długiej spódnicy i t-shircie bez bielizny pod spodem było zabiegiem zamierzonym, o tyle dopiero w domu zorientowałam się, że wracałam tak zamyślona, że zostawiłam buty w basenowej szatki i wróciłam do domu w kąpielowych klapkach hahaha :D Niezły ubaw :)
A teraz przepraszam Was bardzo, ale jest po 22 a ja muszę jeszcze dzisiaj usmażyć schabowe, żeby mi się nie zestarzały :) Dobranoc!
Czerwiec był szalonym miesiącem :)
Z uśmiechem na ustach wdrażam w życie filozofię "jestem na TAK?"
Jednym z wartych zapamiętania weekendów był tzw "weekend za pół ceny"
w Poznaniu. Tradycją stało się, że raz do roku Poznań otwiera się na turystów
do tego stopnia, by drastycznie obniżyć ceny w restauracjach, hotelach i w
miejscach atrakcyjnych turystycznie.. Na sobotnią noc zaplanowałyśmy z Kingą
tańce w Cuba Libre, a żeby urozmaicić nieco nocny wypad, zamiast tłuc się po nocy
na Piątkowo postanowiłyśmy przenocować w hotelu w samym sercu miasta. Nie muszę
chyba wspominać, ile śmiechu dostarczył nam nocleg w 6-osobowym pokoju na
łóżkach piętrowych w towarzystwie dwóch dziewczyn z Łodzi i jednego
podgrubiałego, starszawego, nieco obleśnego Anglika.
Dzień kolejny spędziłyśmy z Kingą na Strzeszynku, komentując brzydkie tatuaże
Poznaniaków i wsłuchując się w zapierające dech w piersiach historie 3
homoseksualistów opalających się tuż obok nas :)
Kolejny weekend przyniósł mi awarię kolan. Wizytę u ortopedy i pierwszy dzień
rehabilitacji mam już za sobą.
W połowie czerwca udało się skrzyknąć sporą część sopockiej ekipy i wybrać się
razem na Orange Warsaw Festival. Tak naprawdę Jamiroquai to był tylko dodatek
do naszego spotkania. Od śmiechu bolał brzuch i gardło. Świetnie się bawiłam.
Zeszły weekend był za to świętem błogiego relaksu na niemalże pustej plaży w
Chałupach. Zaczął się mało sympatycznie ponieważ potężna ulewa wykurzyła nas z
pola namiotowego. Kolejne dni, mimo że bez deszczu, nie należały do ciepłych.
Nie mniej wolny czas wykorzystałam do maksimum. Przez dwie godziny zgłębiałam w
Jastarni tajniki kitesurfingu, by przez kolejne dni spędzić czas totalnie
odcięta od rzeczywistości, zawinięta w ciepły koc na plaży nie robiąc nic...
nie licząc zawierania ciekawych znajomości z miejscowymi ratownikami :)
Pomijając podróż PKP wyjazd udał się 100%, choć wszystkie znaki na niebie i
ziemi wskazywały, że będzie wręcz przeciwnie.
Ostatni weekend spędziłam stacjonarnie w Poznaniu. Padało. Odwiedził mnie
Jarek... Kluska z Maciejem wpadli na nocleg, wieczór w Cuba Libre z Kinią i
muzyka z filmów o Bondzie w wykonaniu Filharmonii Poznańskiej nad Maltą z
Michałem. Żyję :) Żyję sobie dobrze w tym Poznaniu :)
W piątek Rawa Mazowiecka i firmowe balety. Marzy mi się Global Gathering w
sobotę w Gdańsku, ale boję się że przedsięwzięcie przerośnie mnie logistycznie.
Piękny piątkowy wieczór... stoję na balkonie i jestem szczęśliwa :) Mieszkam w pięknej okolicy, cisza, spokój, las w pobliżu... tesco całodobowe... :P Po raz pierwszy czuję, jak cudownie jest mieć całe mieszkanie tylko dla siebie... dwa przytulne pokoje... (niestety jeszcze nie moje)... biegam półnaga, czasem sikam z otwartymi drzwiami, śpię w dwóch pokojach na zmianę, gadam przez telefon łażąc po całym domu i turlając się po wszystkich łóżkach, albo stojąc na balkonie i obserwując ludzi. Żyć nie umierać. Niestety sielanka tylko do lipca, bo potem pokój z łożem małżeńskim przygarnie nowa lokatorka.
Dzień dzisiejszy był naprawdę pozytywny. Pierwszą niepodzianką było to, że już piątek. Mniej więcej do 10-tej tkwiłam w przekonaniu, że jest czwartek. W pokoju w pracy siedziałam dziś sama z Kingą. W porze obiadowej utuczyłam ją naleśnikami i pączkiem. Jadąc po pracy autobusem spotkałyśmy Patryka. Duży urok Poznania tkwi w tym, że na każdym kroku spotykam kogoś znajomego! Jestem tu dopiero od miesiąca a takie spotkania zdarzają mi się naprawdę często. To jest to, czego brakowało mi przez ponad rok w Trójmieście... LUDZIE. Ludzie... miejsca... jest naprawdę fajnie.
Relaksuję się teraz przy otwartym balkonie z kubkiem coli i ciastkami Oreo w kolorze czarnym (bo podobno z prawdziwego holenderskiego kakao). Na rower miałam wyjść, ale jest uwięziony w wózkarni. Podobno było włamanie i cieć wymienił zamek, do którego klucz dostarczy w poniedziałek. Możliwe, że już nawet nie mam roweru :P Czas pokaże :)
Gerlev - duńska wieś, oddalona o około 6km od Slagelse. Siedzę sobie w małym pokoiku w internacie dla studentów. Za oknem pola rzepaku i soczyście zielone łąki aż po horyzont, tu i ówdzie upstrzone kręcocymi się od wiatru wiatrakami. W oddali migoczą światła na moście przez Bałtyk łączącym dwie duńskie wyspy. Nie znam jego nazwy. Most zaczyna się w mieście Korsor. W piątek dojechaliśmy tam na rowerach pokonując w sumie jakieś 40km. Okolica jest piękna. Żałuję, że nie było okazji więcej pojeździć. Pogoda popsuła sie około soboty i aż do dzisiaj było deszczowo i zgniłkowato.
Jutro mija tydzień od naszego przyjazdu i jest to zarazem moment naszego powrotu do Polski. Mojego i Kasi, która namówiła mnie na tą wycieczkę. Ostatni dzień przeznaczymy na zwiedzanie Kopenhagi.
Dotychczas spędzałyśmy czas na miejscu. Jako że stacjonujemy w szkole sportowej mamy dostęp do wszelkich atrakcji typu: sale gimnastyczne i skakanie na trampolinie, basen, gry na świeżym powietrzu, zajęcia z tańca, rowery itp. Ubolewam, że nie wzięłam stroju kapielowego, bo wówczas chyba w ogóle nie wychodziłabym z wody. Rzeczą godną pochwały jest tu jedzenie. Obawiam się, że po tygodniu w szkole sportowej wbrew pozorom mogę przybrać na wadzę :P Najbardziej z różnych rzeczy, których tu spróbowałam, zasmakowała mi rolada chlebowa, nadziewana masą cynamonową... najlepiej na ciepło. Wszelkie pieczywo mamy wypiekane tu na miejscu i zawsze jemy jeszcze chrupiące.
Tyle w telegraficznym skrócie. Reszta po powrocie do Polski...
Pozdrawiam!
Możesz czuć się twardzielem, gdy mówią ci, że rzucenie wszystkiego w jednej chwili i wyprowadzka do obcego miasta, to wyczyn. Jednocześnie jednak czujesz się zupełnie bezradny musząc rozstać się z ludźmi, którzy pojawili się w Twoim życiu na chwilę i okazali się bardzo ważni. Życie to podróż a ludzi, których spotykasz nie możesz tak po prostu spakować w kartony i zabrać ze sobą.
"'Przyjaciele są jak ciche anioły, które podnoszą nas, gdy nasze skrzydła zapominają jak latać.' - ... i proszę nigdy o tym nie zapomnij!" Asia
"Największy krejzolu - zostań!" Krzyś
"Szerokości" Maciej
Otworzyłam książkę na pierwszej stronie i znowu się rozpłakałam. Stałam na środku mojego pokoju, ogarniętego chaosem przygotowywania się do wyprowadzki, tak jak ponad rok temu opuszczając Poznań i szlochałam bez opamiętania. Potem myłam włosy, zmywając z nich zapach ogniska, wiatru i kurzu, które towarzyszyły nam podczas dzisiejszego wieczoru i nadal nie mogłam się powstrzymać. "Płakać trzeba w spokoju. Tylko wtedy ma się z tego radość"... można myjąc głowę... Najbliższe dni będą emocjonalnie ciężkie... puzzle ładnie się układają i obrazek zaczyna coraz ładniej wyglądać, ale swoje trzeba odpękać ;(
Ostatnie dni przyniosły sporo zmian, a to dopiero początek. Tydzień rozpoczęłam beznadziejnym szkoleniem w Warszawie.
Szkolenie w stolicy
Nigdy już chyba nie wezmę udziału w szkoleniu prowadzonym przez Brian Tracy International. Jedyne co mi uświadomiło, to że pracuję z ludźmi, którzy tak jak ja lubią swoją pracę. Potocznie pracę w dziale sprzedaży traktuje się jako coś ciężkiego, coś czego nie da się polubić, jako konieczność, rzeźbienie w gównie, użeranie się z klientami itp itd. Z takim właśnie nastawieniem pojawił się na szkoleniu pan trener, zupełnie nie zakładając, że jest na świecie garstka ludzi, która lubi rzeźbić, lubi dreszczyk emocji związany z realizacją targetu i która nie sprzedaje poprzez wciskanie kitu na siłę, ale poprzez rzetelne doradztwo. Taaak... smutna była mina trenera, gdy uświadomił sobie, że te 14 osób przyszło, by się czegoś nauczyć, a nie narzekać i odsiedzieć swoje zamiast iść do pracy. Mnie też było smutno. Zmarnowałam 2 dni robocze i 12h swojego prywatnego czasu na podróż pociągiem z Trójmiasta do Warszawy i z powrotem. Czarę goryczy przelały jeszcze warunki noclegowe, bo dziewczyny z hr zapomniały zarezerwować noclegów w hotelu w którym odbywało się szkolenie i nocowaliśmy w Hotelu Tina na Bemowie. Klimat Tiny doskonale obrazuje prysznic wmurowany w ścianę pokoju. Uważam, że nie wymaga to dłuższego komentarza ;) Kolejny dzień w pracy po powrocie do Trójmiasta przyniósł podpisanie nowej umowy o pracę na mocy której…
Pozbyłam się Juniora
Tak, wiem. Brzmi to trochę jak fraza z kryminału Agathy Christie i większość osób nie zajarzyła mojego opisu na Facebook’u ;) zamartwiając się kim był Junior. A chodziło właśnie o to, że nie jestem już młodszym specjalistą, tylko takim zwykłym specjalistą po prostu, jednym słowem AWANS. Jak dla mnie to bardzo optymistyczny nius i przyznam się Wam, że podpisując umowę popłakałam się ze wzruszenia przed własnym kierownikiem. Nie chodziło jednak wyłączni o nazwę stanowiska, ale o jeszcze jeden mały szczegół, do którego wrócę kiedy indziej. Z rzeczy niezwiązanych z pracą, to…
Sezon rowerowy uważam za rozpoczęty
Dokładnie tydzień temu. Przeraziłam się wykopując mój rower ze sterty innych rowerów w zawilgłej wózkarni. Przeraził mnie zardzewiały łańcuch i spleśniałe siodełko. Na szczęście w pierwszym przypadku pomógł WD40, w drugim zaś zwykła nawilżona chusteczka. Mateuszek w pierwszym odruchu nie dawał oznak życia (używalności), ale na szczęście zajęła się nim solidna męska ręka… i mimo że solidna męska ręka nie wierzyła, że to coś z wodorostami na szprychach jeszcze może jeździć, mój rower oczywiście mnie nie zawiódł! Na dzień dobry zaliczyłam około 40km z Gdyni do Brzeźna + powrót. Miłym zaskoczeniem okazał się fakt, że mimo braku jazdy na rowerze od września nic mnie nie bolało. Niestety moje dobre samopoczucie mięśniowe nie trwało długo. O ile 40km na rowerze nie odbiło się echem na mojej motoryce, o tyle dwa dni truchtania po Bulwarze Nadmorskim owszem. Od wczoraj mam takie zakwasy w udach, że chodząc wyginam się jak żuraw i syczę po cichutku.
Tak, zaczęłam biegać
Wiem, że trudno w to uwierzyć. Jeszcze do piątku wydawało mi się, że tego nie lubię i nigdy się z tą opinią nie kryłam. Jeszcze bardziej się uśmiejecie, gdy opowiem o motywach. A zaczęło się niewinnie…
Armagedon…
czyli piątkowe popołudnie: Ciemność nastała nad Gdynią, wiatr był taki, że ciężko było złapać oddech, ptaki nie radziły sobie z lotem, ja nie mogłam zapanować nad własnymi włosami... cudem otworzyłam drzwi do klatki. Czarne chmury zaczęły kłębić się nad kościołem na Wzgórzu Świętego Maksymiliana. Zaczęło padać. Widziałam ściany deszczu przesuwane jedna za drugą przez porywy wiatru. I nagle uzmysłowiłam sobie, że na morzu musi być w tej chwili sztorm! A niby kiedy i gdzie jak nie teraz i tu będę miała możliwość oglądania sztormu na własne oczy?
Zniechęcał mnie deszcz. Nie miałam parasola. Z ostatnim pożegnałam się podczas wizyty Julki. Z resztą parasol na nic by się zdał. Byłby kolejny trup i to na miejscu. Wiatr był niesamowity. Chwilę przeczekałam bijąc się z myślami. Przestało padać. Założyłam kurtkę, owinęłam się szalikiem, założyłam czapkę (której nawet w zimę nie nosiłam). Włożyłam telefon do kieszeni, słuchawki w uszy i wyszłam. Nie padało, wiatr trochę się uspokoił. Apollo Road to był kawałek, który naprawdę pasował do całej tej scenerii. Wzburzone fale, wiatr wiejący z ogromną mocą, ciemność... czasem po prostu czujesz, że musisz być TU właśnie w tej chwili, właśnie TERAZ, bo kiedy indziej morze może pachnieć już zupełnie inaczej. Oddychasz głęboko aż kręci Ci się w głowie i sam nie wiesz, w której chwili zaczynasz biec. Energia gra Ci w mieścinach a wszystko wokół ma sens. Tak właśnie się czułam… mimo że nie było sztormu. I biegłam sobie jak gdyby nigdy nic po tym pustym bulwarze i miałam swoją chwilę szczęścia. I wtedy właśnie odkryłam… że bieganie nie jest głupie :] To był motyw pierwszy. Motyw drugi to…
Czerwone legginsy
Taka kiedyś promocja była w Tally Waijl, że jak się kupi 2 pary legginsów to jest mega rabat, a jak się kupi 3, to już w ogóle mega giga hiper tanio, że tyłek urywa… więc kupiłam 3 pary, w tym jedne czerwone. I tak się jakoś złożyło, że o ile czarne i brązowe nosiłam tak często, że aż dziurę wytarłam, to czerwone nadal w szafce błyszczały nowością. Po piątkowym olśnieniu doszłam do wniosku, że trzeba zacząć nosić czerwone legginsy. A że ludzie na bieganie zakładają naprawdę dziwne rzeczy, których na co dzień by nie ubrali (jak np. mój kolega z pracy), to czerwone legginsy też dadzą radę. I właśnie dlatego zaczęłam biegać! Wiem, pokrętna logika… ale najważniejsze, że wychodzi na zdrowie. I tym oto prozdrowotnym akcentem kończę nasze dzisiejsze spotkanie z balladą ;) Dobranoc.
Witam moi drodzy po długim niewidzeniu. Tak długo nie pisałam, że aż mi wstyd. W sumie miesiąc... Takiego zaniedbania ten blog chyba jeszcze nigdy nie miał. Do rzeczy... w Trójmieście nadal zima. Morze najpierw zamarzło, potem odtajało... W ciągu tego miesiąca odbyłam pierwszy raz w życiu bliskie spotkanie III stopnia z chirurgiem, 4 dni temu zmieniłam kolor włosów... ogólnie nuda.

Tydzień na zwolnieniu lekarskim, 2 dni totalnie bez sił, by w sobotę wpakować się w pociąg, spędzić noc w wielotysięcznym tłumie, w blasku kolorowych świateł, z oddechem tłumionym przez głęboki bas a w niedzielę wrócić do Gdyni. Mało rozważne wiem, ale dla takich chwil się żyje.
Do posłuchania na dziś: Armin van Buuren - I Don't Own You

Lubię: burze z piorunami i błyskawicami, wiatr we włosach, zapach świeżej trawy, morze, zachody słońca nad morzem, powietrze, słońce, lato, śmiech, przestrzeń, kwitnące drzewa wieczorową porą, spanie nago, bieganie boso po trawie, widoki z wieżowców, loty samolotem, szybką jazdę na rowerze, letni deszcz, długie spacery, patrzenie w chmury, muzykę trance, pocztówki Tylkowskiego, książki Janusza Wiśniewskiego, grafiki Luisa Royo, łyżwy, siatkówkę, zwiewne sukienki, perfumy Envy Gucciego, czekoladę, maliny, pizzę, i wiele, wiele innych smaków, zapachów, dźwięków, widoków... dotyków?... :)
Podróżniczka przez życie, od 27 lat panująca nad własnym chaosem. Kochająca wolność, lato i morze. Niczego nie żałująca, na ogół szczęśliwa. Wychowana na skarpie nad Wisłą, wykształcona w Poznaniu, szukająca swojego miejsca na ziemi, obecnie po 1,5 rocznym epizodzie w Trójmieście, znów w Poznaniu. Opisuję prawdziwe wydarzenia z życia, piszę o pierdołach, od czasu do czasu coś nazmyślam. Po prostu...
