Niesamowity czas…

Niesamowity czas!  Tak bardzo nie mogłam doczekać się aż miną te pierwsze 3 miesiące, by móc się tym spokojnie pochwalić i cieszyć. Nie tylko dlatego, że to czas krytyczny i decydujący, ale też dlatego, że sama tak bardzo nie mogłam w to uwierzyć, mimo że wszystko było zaplanowane a decyzja została podjęta o wiele, wiele wcześniej. Ja w ciąży… nie do wiary!

Może rzecz pozostałaby niewyjaśniona przez dłuższy czas, gdyby nie to, że ruszyła się sprawa z moją wizą. Do finalizacji brakowało już tylko badań lekarskich i prześwietlenia klatki piersiowej. Jako że ciąża jest przeciwskazaniem do naświetlania się prmieniami rentgena, dla formalności postanowiłam zrobić test ciążowy. Miałam jeszcze w szafce 2 testy, które zostały z opakowania trzech, które zakupiliśmy jakieś 2 lata temu, bo sytuacja była niewiadoma Data ważności na pudełku wskazywała, że testy przeterminowały się… 5 dni temu. Tak więc traktowałam je z przymróżeniem oka. Wzmożony apetyt na czipsy i postój przed stoiskiem ze śledziami dały mi co prawda do myślenia, ale to jeszcze nie było wystarczające.

Pierwszy test 10 maja 2017 wyszedł pozytywny. Podekscytowanie mieszało się ze strachem, ale nie pozwalałam sobie na euforię ze względu na tę datę ważności. Wieczorem oglądaliśmy film „Złodziejka książek” i mimochodem napomknęłam o tym teście, który wyszedł pozytywny, ale że raczej nic z tego, bo był przeterminowany. Kangur mój zaczął się cieszyć i aż łzy mu się w oczach pojawiły, bo stwierdził, że test na pewno nie kłamie. Następnego dnia zużyłam drugi test i ten… również wyszedł pozytywny. Powoli zaczynałam się ekscytować, ale gdzieś pozostawała jeszcze pewna nuta niepewności. Wszak drugi test miał tę samą datę ważności.

Nie czekając umówiłam się na wizytę do mojego lekarza, by dostać skierowanie na badanie krwi, po którym już żadne wątpliwości nie powinny mieć miejsca. Lekarz stwierdził, że data ważności na testach ciążowych, to zabieg marketingowy, badanie krwi potwierdziło ciążę w około 5 lub 6 tygodniu. Przez te dni żyliśmy jakby w innym świecie. Czuliśmy jak zmienia się nasze myślenie, jak zaczynamy planować, jak wchodzimy razem w czas, po którym nic już nie będzie takie samo. Ekscytacja mieszała się ze strachem, bo przecież dalej nie miałam stałej pracy, dalej jak szalona tęsniłam za Polską, dalej mój angielski był komunikatywny, ale jeszcze niezbyt profesjonalny. Humory miewałam ekstremalne, często płakałam, mimo że z ciąży akurat bardzo się cieszyłam.

Przez tydzień cieszyliśmy  i delektowaliśmy się wieścią tylko we dwoje. 17 maja z okazji imienin mojego Taty, postanowiliśmy zrobić niespodziankę. Moi rodzice piszczeli z radości, bo długo (zapewne od kilku lat), na takie wiadomości ode mnie czekali z niecierpliwością. Na drugi dzień dowiedzili się kolejni przyszli dziadkowie a ja zrobiłam badania do wizy (ze względu na mój stan, zrezygnowano z rentgena klatki piersiowej). 22 maja był radosnym dniem, bo urząd emigracyny po 10 miesiącach od aplikacji dał mi zgodę na wizę partnerską, co jakby przepuściło mnie z imigracyjnego czyśćca do normalnego życia tutaj. Tego dnia również zrobiliśmy pierwsze ciążowe USG i po raz pierwszy zobaczyliśmy naszą Fasolkę i jej bijące jak szalone, serce! Zbliżały się moje urodziny i czułam, że wszystko co się dzieje, to naprawdę super prezenty od losu, że moje życie mimo trudów jest ciekawe i ekscytujące i wszystko jak zawsze dobrze się dla mnie układa.

33 urodziny spędziłam pracująco, ale wieczorem wybraliśmy się tylko we dwoje do greckiej restauracji (jako że od pewnego czasu pracowałam głównie w greckim towarzystwie, postanowiłam otworzyć się też nieco na ich smaki). Nie miałam ochoty na huczne obchody. Mimo że fizycznie czułam się wyśmienicie, w moich nastrojach wciąż dominowała tęsknota i smutek spowodowany tym, że nie polecę w tym roku do Polski, nie spędzę czasu z rodziną, ani przyjaciółmi. Mój odmienny stan skłaniał mnie do myślenia na różne tematy. Dziecko miało pojawić się w naszym życiu w styczniu 2018, zmieniło nasze plany związane ze ślubem i z przyjazdem moich Rodziców do Sydney. Zaczęłam się martwić, że przez najbliższe lata nie będę miała okazji wybrać się do kraju i po długich dyskusjach z moją drugą połówką, postanowiłam kupić bilet do Polski na sierpień. Nie wiem do końca, czy to za sprawą hormonów, czy za sprawą tego biletu właśnie, mój nastrój wydobrzał z dnia na dzień. Bardzo się cieszyłam, że zawitam do Polski będąc w 5 miesiącu ciąży i będę mogła dzielić ten wyjątkowy czas z ważnymi dla mnie ludźmi a dookoła piękne polskie lato w pełni. Udało mi się nawet dostąć bilet w dobrej cenie, mimo że kupiony na ostatnią chwilę i najkrótszy z możliwych lotów, bo niecałe 24h podróży!

Czułam się kwitnąco i radośnie. Coraz częściej gotowałam z chęcią obiady, nawet takie, których nigdy wcześniej nie robiłam, zaczęłam mocno motywować się do mówienia po angielsku częściej, więcej się śmiałam. Spieraliśmy się, za każdym razem bez rezultatów, jakie imię nadamy Fasolce. Wyjechaliśmy na długi weekend kamperem do buszu, na co czekałam od miesięcy i do tego wszystkiego czułam się super, dolegliwości ciążowe były bardzo znośne, nigdy nie wymiotowałam a z czasem jakby w ogóle przestałam się czuć jak w ciąży. Brzuch jakby się zaokrąglał, ale waga dalej pozostawała bez zmian.

23 czerwca Dzień Taty obchodziłam globalnie. Mój Tata otrzymał życzenia ode mnie a mojego Mężczyznę przywitały w domu kwiaty i laurką „od Fasolki”. Było radośnie a nasze oczekiwania na zostanie rodzicami trwały.

29 czerwca wróciłam ze szkoły o 21 i jak zwykle rozemocjonowana opowiadałam o tym, co robiliśmy na zajęciach, co ciekawego się wydarzyło. Trochę mnie bolał brzuch, ale wchodząc na wagę tłumaczyłam, że pewnie to już czas, gdy nasz Bób intensywnie zaczyna się rozwijać i pewnie dlatego boli. Moją radość w sekundzie zastąpił ogromny niepokój, gdy zdałam sobie sprawę że krwawię.

Siedząc w toalecie czytałam w Internecie artykuły o krwawieniu w czasie ciąży, pocieszając się, że to wcale nie musi oznaczać najgorszego, ale trzeba skonsultować to z lekarzem. Dochodziła 22, więc uszykowaliśmy się i pojechaliśmy na pogotowie.

Ból nasilał się. Pobrano mi krew, potem długo czekałam na USG, którego wynikami sugerowano się nie przejmować, bo nie jest dokładne (na dokładne miałam przyjść następnego dnia na oddział). Niedokładne USG nie wykryło u dziecka akcji serca. Bardzo ciężko było się nie przejmować i czekać w niepewności do rana. Przed wyjściem do domu otrzymałam jeszcze zastrzyk minimalizujący ryzyko ewentualnego konfliktu serologicznego (mam ujemną grupę krwi)…

Rano wciąż jeszcze wierzyłam w cuda. Kolejne USG pokazało małą smutną Fasolkę w kąciku worka płodowego, na zewnątrz byłam ja… mała smutna Paula w otchłani rozpaczy ;( Siedzieliśmy w ciszy, nikt nic nie mówił, szlochałam w poczuciu bezradności i była to jedna z najsmutniejszych chwil, jakie kiedykolwiek przeżyłam. Potem kolejne spotkanie z lekarzem, diagnoza potwierdzająca, że straciliśmy nasz skarb ;( a potem… cieżki wieczór w toalecie, gdy wyłam cierpiąc fizycznie i psychicznie. USG następnego dnia wykazało, że wnętrze mojej macicy jest już prawie puste, zostałam sama z sobą. Moje ciało po ogormnym bólu, zaczynało powoli czuć się jak gdyby nigdy nic a ja… totalnie nie mogłam się odnaleźć, jakbym rozdzieliła się na dwie części ☹

Jest mi strasznie ciężko. Czasem wybucham bezradnym płaczem w poczuciu bezsilności i pustki. Daję sobie do niego prawo, tak jak zawsze do przeżywania różnych emocji na swój sposób. I mimo wszystko staram się cieszyć z moich doświadczeń, bo to był dla mnie piękny czas, który chcę pamiętać… ;( Muszę się teraz jakoś poskładać… smutek, żal, wsciekłość, bezradność, strach… wszystko to jeszcze cały czas mocno we mnie brzmi, ale… już za moment na chwilę będę w domu. Szukam pozytywnych aspektów. Jeszcze będzie pięknie… ☹ mam dzieję…

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Niesamowity czas…

  1. ~rumianek pisze:

    Pinka…
    pierwsza część wpisu… sama wiesz…

    ale teraz czytaj uważnie. bardzo ważne byś wsparła swojego Mężczyznę. Z doświadczenia wiem, jak musi się czuć. U mnie (z moim DDA/DDD) niemal uciekłem od całej 3ki.

    pocieszające jest, że organizm po porażce wzmacnia się, staje się silniejszy dając większe szanse przy następnej ciąży
    Moja Nadzieja ma już 14mc-y, na 25 grudnia planowany poród i ostatnia szansa na syna.
    i tak na 5 ciąży będziemy mieli 4ro dzieci, na chwilę obecną 3 córy…

    trzymaj się, wierzę, że Twój Superman podnosi Cię przez cały czas na duchu i szczerze liczę, że nie popełni tego błędu co ja i nie skiśnie w środku. po 3 latach się otrząsnąłem tak na prawdę…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>